09.08.2026, 00:25 ✶
Dopiero parę minut po teleportacji, gdy adrenalina zaczęła opadać, Odile mogła trzeźwo przeanalizować to, co się właśnie wydarzyło. Rodzeństwo Fawley zaatakowało ojca. Co prawda tylko bracia podjęli aktywne działania w tym celu, ale ona im nie przeszkodziła. Czy gdyby sytuacja eskalowała, byłaby gotowa zabić Williama? Szczerze mówiąc, preferowałaby uniknąć takiej sytuacji. Nie ze względu na resztki ciepłych uczuć wobec rodzica; William Fawley nie zasługiwał na żaden sentyment ze strony dzieci. Po prostu wolała uniknąć konieczności zacierania śladów morderstwa. Musieliby przecież pozbyć się ciała, wymyśleć wspólne alibi, wymazać wspomnienia tego czyny… Za dużo zachodu, jak na chuja pokroju ich ojca. Poza tym podczas pracy w biurze koronera przekonała się, że nie istniało coś takiego jak zbrodnia idealna. Nawet jeśli rodzeństwo kryłoby się nawzajem, ktoś kiedyś mógł dojść do prawdy. Odile nie zamierzała ryzykować utraty kariery, na którą ciężko pracowała, przez chwilowe działanie w afekcie.
– Z dwójką cweli jeszcze jestem w stanie wytrzymać, ale trójka to przesada. – rzuciła do Odysa, kiedy ten już przestał rzygać. Nigdy przecież nie przyznałaby wprost, że zależy jej na braciach (choć spostrzegawcze oczy bliźniaka zapewne i tak wyłapały ten sentyment). – Poza tym, ktoś musi zapłacić za mój urodzinowy obiad.
Gdy już miała wyjść z zaułka, słowa Othella sprawiły, że stanęła i odwróciła się w stronę brata.
– Lepiej uciec w jednym kawałku, niż dać się zajebać. – powiedziała stanowczo. Ja nie chciałam, żeby on was zajebał, przemknęło jej przez głowę, ale nie powiedziała tych słów na głos. – Bardziej niż na jakiejś spuściźnie zależy mi na świętym spokoju, a gdyby twoje zaklęcie się udało, już do końca życia musielibyśmy zajmować się truchłem ojca. Ja więc wolę nie myśleć o tym człowieku ani sekundy dłużej. – jej wypowiedź zabrzmiała oschle, ale miała nadzieję, że te słowa podziałają na najmłodszego Fawleya jak zimny prysznic. Chciała, żeby porzucił mrzonki o zemście i po prostu zajął się sobą; w ten sposób miał szansę w przyszłości przeżyć Williama i przejąć kontrolę nad Mauzoleum. Widziała, że był w rozemocjonowanym stanie, więc poczekała, aż się trochę uspokoi. Kiedy względnie przywrócił się do porządku, siostra poprowadziła braci do restauracji.
Złoty Smok był jedną z rodzinnych knajp w Londyńskim Chinatown. Nie była to luksusowa restauracja, ale wyróżniała się naprawdę wyśmienitymi daniami w przyzwoitej cenie. Odile kiedyś wstąpiła tam, skuszona zapachem smażonego mięsa i od tej pory była stałą bywalczynią. Po przekroczeniu progu lokalu, gościom ukazywało się wnętrze urządzone w czerwono-złotych barwach. Na ścianach porozwieszane były przeróżne dekoracje z kaligrafią, tradycyjnymi krajobrazami i oczywiście złotymi smokami. Wystrój być może balansował na granicy kiczu, ale dodawało to tylko temu miejscu swojskości.
Mimo iż była sobota, szczęśliwie akurat zwolniło się miejsce dla trzech osób. Właściciel poprowadził rodzeństwo Fawley do stolika z ciemnego drewna. Zaraz po nim pojawiła się młoda kelnerka, która przyniosła karty dań, pałeczki oraz… Butelkę piwa i szklankę. Postawiła napój przed nieco skonfundowaną Odile ze słowami "Na koszt firmy", po czym pobiegła zająć się innym stolikiem. No no, może te urodziny nie będą najgorsze, pomyślała Fawley, nalewając alkohol do szklanki.
– Mają zajebistą wieprzowinę słodko kwaśną oraz chow mein z kurczakiem. – Poleciła braciom, bez patrzenia na menu. Oczywiście, sama próbowała tylko mięsnych dań. – Swoją drogą, jeśli wolicie jeść widelcem i nożem, to możecie poprosić o sztućce. – rzuciła bez żadnej wyższości. Sama również musiała się przyzwyczaić do pałeczek, ale dla jej zwinnych dłoni nie było to nic trudnego.
– Z dwójką cweli jeszcze jestem w stanie wytrzymać, ale trójka to przesada. – rzuciła do Odysa, kiedy ten już przestał rzygać. Nigdy przecież nie przyznałaby wprost, że zależy jej na braciach (choć spostrzegawcze oczy bliźniaka zapewne i tak wyłapały ten sentyment). – Poza tym, ktoś musi zapłacić za mój urodzinowy obiad.
Gdy już miała wyjść z zaułka, słowa Othella sprawiły, że stanęła i odwróciła się w stronę brata.
– Lepiej uciec w jednym kawałku, niż dać się zajebać. – powiedziała stanowczo. Ja nie chciałam, żeby on was zajebał, przemknęło jej przez głowę, ale nie powiedziała tych słów na głos. – Bardziej niż na jakiejś spuściźnie zależy mi na świętym spokoju, a gdyby twoje zaklęcie się udało, już do końca życia musielibyśmy zajmować się truchłem ojca. Ja więc wolę nie myśleć o tym człowieku ani sekundy dłużej. – jej wypowiedź zabrzmiała oschle, ale miała nadzieję, że te słowa podziałają na najmłodszego Fawleya jak zimny prysznic. Chciała, żeby porzucił mrzonki o zemście i po prostu zajął się sobą; w ten sposób miał szansę w przyszłości przeżyć Williama i przejąć kontrolę nad Mauzoleum. Widziała, że był w rozemocjonowanym stanie, więc poczekała, aż się trochę uspokoi. Kiedy względnie przywrócił się do porządku, siostra poprowadziła braci do restauracji.
Złoty Smok był jedną z rodzinnych knajp w Londyńskim Chinatown. Nie była to luksusowa restauracja, ale wyróżniała się naprawdę wyśmienitymi daniami w przyzwoitej cenie. Odile kiedyś wstąpiła tam, skuszona zapachem smażonego mięsa i od tej pory była stałą bywalczynią. Po przekroczeniu progu lokalu, gościom ukazywało się wnętrze urządzone w czerwono-złotych barwach. Na ścianach porozwieszane były przeróżne dekoracje z kaligrafią, tradycyjnymi krajobrazami i oczywiście złotymi smokami. Wystrój być może balansował na granicy kiczu, ale dodawało to tylko temu miejscu swojskości.
Mimo iż była sobota, szczęśliwie akurat zwolniło się miejsce dla trzech osób. Właściciel poprowadził rodzeństwo Fawley do stolika z ciemnego drewna. Zaraz po nim pojawiła się młoda kelnerka, która przyniosła karty dań, pałeczki oraz… Butelkę piwa i szklankę. Postawiła napój przed nieco skonfundowaną Odile ze słowami "Na koszt firmy", po czym pobiegła zająć się innym stolikiem. No no, może te urodziny nie będą najgorsze, pomyślała Fawley, nalewając alkohol do szklanki.
– Mają zajebistą wieprzowinę słodko kwaśną oraz chow mein z kurczakiem. – Poleciła braciom, bez patrzenia na menu. Oczywiście, sama próbowała tylko mięsnych dań. – Swoją drogą, jeśli wolicie jeść widelcem i nożem, to możecie poprosić o sztućce. – rzuciła bez żadnej wyższości. Sama również musiała się przyzwyczaić do pałeczek, ale dla jej zwinnych dłoni nie było to nic trudnego.
It is not the
strongest of the
species that
survives
nor the most intelligent,
but the one most
responsive to change
strongest of the
species that
survives
nor the most intelligent,
but the one most
responsive to change