09.08.2026, 11:14 ✶
Los ewidentnie śmiał się im w zniszczone horrorem twarze. Los, Matka, jakaś zbłąkana część duszy Merlina, która wydostała się z jego grobu, spiknęła z Irytkiem, i sensem jej nierealnego istnienia było prześladowanie ludzi. Coś, co miało władzę nad światem, grało sobie z nimi w kotka i myszkę, w kijek i marchewkę. Inaczej nie był w stanie wytłumaczyć sobie, dlatego sprawy znowu się spieprzyły, kiedy w końcu, W KOŃCU, znaleźli moment, żeby odsapnąć.
Zauważył wahanie na twarzy Hannibala, kiedy ten podniósł różdżkę. Zaklął w myślach. To była jego wina. Gdyby był silniejszy i wcześniej… Wyciągnął swoją różdżkę i posłał zaklęcie w drugiego Śmierciożercę. Może Han zrozumie… Nie musiał się martwić. W momencie, w którym przeciwnik dmucha ci w twarz, twój umysł przestawia przekładki. Han nie musiał się martwić, że Jessie spanikuje. Nie musieli się martwić, że ogień czy magia ogólnie zdradzi ich kryjówkę, bo… Bo i tak zostali już znalezieni.
Zasłona z kurzu była tym, czego potrzebowali, i wystarczyło jedno słowo Hannibala, żeby nogi same ruszyły, wynosząc ciało z pustostanu. Za nimi Śmierciożercy kaszleli, krzyczeli i klęli, ale kto by zwracał na nich większą uwagę? Mieli szansę uciec.
Zakręt, prosta, jeszcze jeden zakręt, schody.
Nocne powietrze uderzyło w ich twarze, chłodząc rozgrzaną skórę i Jessie chętnie zatrzymałby się, żeby nacieszyć tym uczuciem, ale obecnie mieli na ogonach swoich potencjalnych zabójców, i jeśli nie chcieli zginąć tak szybko, musieli biec.
Jessie chciał biec dalej - gdziekolwiek, w las, gdzie drzewa osłoniłyby ich przed oczami - ale Hannibal się zatrzymał. A potem zaczął mówić. Jessie go słuchał, słowo po słowie, ale po każdym z nich Jasper miał ochotę wykrzyczeć mu w twarz "Czyś ty, kurwa, zwariował?". Ale nie potrzebowali krzyków. Nie tylko dlatego, że w tym wszystkim, jak bardzo zmęczeni, przerażeni i złamani byli, krzyki jedynie pogorszyłyby sprawę, ale również dlatego, że niedaleko wciąż byli Śmierciożercy. Krzyki by ich zdradziły.
Hannibal chciał się poświęcić. Zwrócić na siebie uwagę, żeby Jessie mógł uciec. I nie, nie było tutaj szans, że spotkaliby się później. Że Han zdołałby uciec. Żadne udawanie jednego z nich nie przekonałoby już nawet dziecka. Jeśli zgodzą się na ten plan, Jessie może być jedynym, którzy przeżyje.
-Nie - głos mu się załamał, ale nie było w tej odpowiedzi wahania. -Nie ma, kurwa, mowy. Idziemy razem i nie obchodzi mnie, że możesz pomyśleć, że rozdzielenie się zwiększy nasze szanse. Nie zwiększy. Jeśli tam pobiegniesz, zginiesz. Zabiją cię. Więc nie, nie pobiegniesz tam i nie zrobisz hałasu.
Jego oczy szkliły się, ale policzki wciąż były suche.
-Nie zostawiaj mnie, Han. Nie ty.
Musieli podjąć decyzję, w którą stronę pójdą. I to szybko, zanim w zasięgu wzroku pojawią się czarne peleryny.
Zauważył wahanie na twarzy Hannibala, kiedy ten podniósł różdżkę. Zaklął w myślach. To była jego wina. Gdyby był silniejszy i wcześniej… Wyciągnął swoją różdżkę i posłał zaklęcie w drugiego Śmierciożercę. Może Han zrozumie… Nie musiał się martwić. W momencie, w którym przeciwnik dmucha ci w twarz, twój umysł przestawia przekładki. Han nie musiał się martwić, że Jessie spanikuje. Nie musieli się martwić, że ogień czy magia ogólnie zdradzi ich kryjówkę, bo… Bo i tak zostali już znalezieni.
Zasłona z kurzu była tym, czego potrzebowali, i wystarczyło jedno słowo Hannibala, żeby nogi same ruszyły, wynosząc ciało z pustostanu. Za nimi Śmierciożercy kaszleli, krzyczeli i klęli, ale kto by zwracał na nich większą uwagę? Mieli szansę uciec.
Zakręt, prosta, jeszcze jeden zakręt, schody.
Nocne powietrze uderzyło w ich twarze, chłodząc rozgrzaną skórę i Jessie chętnie zatrzymałby się, żeby nacieszyć tym uczuciem, ale obecnie mieli na ogonach swoich potencjalnych zabójców, i jeśli nie chcieli zginąć tak szybko, musieli biec.
Jessie chciał biec dalej - gdziekolwiek, w las, gdzie drzewa osłoniłyby ich przed oczami - ale Hannibal się zatrzymał. A potem zaczął mówić. Jessie go słuchał, słowo po słowie, ale po każdym z nich Jasper miał ochotę wykrzyczeć mu w twarz "Czyś ty, kurwa, zwariował?". Ale nie potrzebowali krzyków. Nie tylko dlatego, że w tym wszystkim, jak bardzo zmęczeni, przerażeni i złamani byli, krzyki jedynie pogorszyłyby sprawę, ale również dlatego, że niedaleko wciąż byli Śmierciożercy. Krzyki by ich zdradziły.
Hannibal chciał się poświęcić. Zwrócić na siebie uwagę, żeby Jessie mógł uciec. I nie, nie było tutaj szans, że spotkaliby się później. Że Han zdołałby uciec. Żadne udawanie jednego z nich nie przekonałoby już nawet dziecka. Jeśli zgodzą się na ten plan, Jessie może być jedynym, którzy przeżyje.
-Nie - głos mu się załamał, ale nie było w tej odpowiedzi wahania. -Nie ma, kurwa, mowy. Idziemy razem i nie obchodzi mnie, że możesz pomyśleć, że rozdzielenie się zwiększy nasze szanse. Nie zwiększy. Jeśli tam pobiegniesz, zginiesz. Zabiją cię. Więc nie, nie pobiegniesz tam i nie zrobisz hałasu.
Jego oczy szkliły się, ale policzki wciąż były suche.
-Nie zostawiaj mnie, Han. Nie ty.
Musieli podjąć decyzję, w którą stronę pójdą. I to szybko, zanim w zasięgu wzroku pojawią się czarne peleryny.