09.08.2026, 21:00 ✶
Jej myśli, zwykle uporządkowane niczym katalog wystawy sporządzony ręką pedantycznego kustosza (jej), rozbiegły się tego popołudnia w zbyt wiele stron. Ulica, żebrak, jego krzyk, a potem Josephine, której znów nie było - wszystko to tworzyło ciasny węzeł, którego nie miała ochoty rozplątywać przy świadkach. Mrugnęła, jakby wracając do rzeczywistości i przywitała się z nim równie ciepło.
- Wybacz moje rozkojarzenie - westchnęła cicho, prostując ramiona. - Miałam po drodze nieprzyjemny incydent na ulicy. Zaczepił mnie jeden z tych ludzi, którzy najpierw proszą o kilka sykli, a kiedy je dostaną, uznają, że nabyli również prawo do twojego czasu, uwagi i przekonań.
Machnęła lekko dłonią, jakby chciała odsunąć od siebie całe zdarzenie wraz z jego bohaterem.
- A skoro już o nieprzyjemnych rzeczach mowa, to faktycznie, ciocia Jo ma ostatnio pełne ręce roboty - odpowiedziała z przekąsem. Przez jej myśl przemknęło wspomnienie całego bałaganu z Raphaelą - skandalu, który nie powinien był nigdy ujrzeć światła dziennego, a który przy odrobinie przewidywania można było zdusić, zanim rozlał się po salonach. Wciąż nie potrafiła pogodzić się z tym, że Josephine dopuściła, by sprawy zaszły tak daleko. Nie chodziło nawet o samą Raphaelę. Chodziło o ich nazwisko, o galerię, o reputację Muzy, o ludzi, którzy zbyt chętnie czekali na cudzą porażkę. I przede wszystkim o to, że ciotka powinna była przewidzieć konsekwencje. Astoria nadal jej tego nie wybaczyła i nie ukrywała tego specjalnie, Anthony musiał słyszeć plotki w środowisku, nawet przy sumiennej pracy Averych, by zamieść temat pod dywan.
- Zgadza się - uśmiechnęła się lekko; jego dobry humor zdawał się jej udzielać. - Róże były zjawiskowe, ale bal sam w sobie dość osobliwy. Te eliksiry i ich szerokie zastosowania budziły wątpliwości - w teorii były nieszkodliwe i miały urozmaicić zabawę, w praktyce wywoływały zamieszanie z ryzykiem skutków ubocznych i były zwykłą stratą zasobów.
- Chodź. Skoro już tu jesteś, przynajmniej nie pozwolę ci odejść z niczym.
Ruszyła w głąb siedziby Muzy, gdy mężczyzna skinął głową. Poruszała się po budynku z naturalnością kogoś, kto znał każdy jego korytarz, każde schody i każde skrzypnięcie deski pod stopą. Minęła sekretariat, rzuciła przelotne spojrzenie na kilka pozostawionych na stoliku pergaminów i bez wahania skręciła w boczny korytarz. Mieścił się tam niewielki gabinet z wygodnymi fotelami do kameralnych rozmów.
- U mnie przygotowania do Samhain i koncertu z okazji Dnia Pamięci, znasz mnie, nie potrafię się nudzić. - kącik jej ust znowu drgnął, a wzrok przesunął się po jego twarzy, przyglądając mu się bezwstydnie. W oczach migotało mu coś jasnego, niemal młodzieńczego; twarz miał rozpromienioną, a gesty zdradzały tę trudną do ukrycia przypadłość człowieka, któremu życie podarowało nagle coś, czego nie spodziewał się już otrzymać. Czarownica zmrużyła oczy. - Opowiedz mi więcej o tej fundacji. To dzięki niej zawdzięczasz tak dobry nastrój? - węszyła z zaciekawieniem, bo choć zwykle, gdy się spotykali, był pogodny, to dziś wyczuwała też nadmierną ekscytację. - Może będę mogła pomóc? Ciocia Josephine ma teraz ciężki okres, chętnie ją wyręczę - zaproponowała, mimo że sama miała urwanie głowy przez natłok obowiązków, tak jednocześnie w pamięci przewijał się list od ojca, żeby trzymać rękę na pulsie.
- Wybacz moje rozkojarzenie - westchnęła cicho, prostując ramiona. - Miałam po drodze nieprzyjemny incydent na ulicy. Zaczepił mnie jeden z tych ludzi, którzy najpierw proszą o kilka sykli, a kiedy je dostaną, uznają, że nabyli również prawo do twojego czasu, uwagi i przekonań.
Machnęła lekko dłonią, jakby chciała odsunąć od siebie całe zdarzenie wraz z jego bohaterem.
- A skoro już o nieprzyjemnych rzeczach mowa, to faktycznie, ciocia Jo ma ostatnio pełne ręce roboty - odpowiedziała z przekąsem. Przez jej myśl przemknęło wspomnienie całego bałaganu z Raphaelą - skandalu, który nie powinien był nigdy ujrzeć światła dziennego, a który przy odrobinie przewidywania można było zdusić, zanim rozlał się po salonach. Wciąż nie potrafiła pogodzić się z tym, że Josephine dopuściła, by sprawy zaszły tak daleko. Nie chodziło nawet o samą Raphaelę. Chodziło o ich nazwisko, o galerię, o reputację Muzy, o ludzi, którzy zbyt chętnie czekali na cudzą porażkę. I przede wszystkim o to, że ciotka powinna była przewidzieć konsekwencje. Astoria nadal jej tego nie wybaczyła i nie ukrywała tego specjalnie, Anthony musiał słyszeć plotki w środowisku, nawet przy sumiennej pracy Averych, by zamieść temat pod dywan.
- Zgadza się - uśmiechnęła się lekko; jego dobry humor zdawał się jej udzielać. - Róże były zjawiskowe, ale bal sam w sobie dość osobliwy. Te eliksiry i ich szerokie zastosowania budziły wątpliwości - w teorii były nieszkodliwe i miały urozmaicić zabawę, w praktyce wywoływały zamieszanie z ryzykiem skutków ubocznych i były zwykłą stratą zasobów.
- Chodź. Skoro już tu jesteś, przynajmniej nie pozwolę ci odejść z niczym.
Ruszyła w głąb siedziby Muzy, gdy mężczyzna skinął głową. Poruszała się po budynku z naturalnością kogoś, kto znał każdy jego korytarz, każde schody i każde skrzypnięcie deski pod stopą. Minęła sekretariat, rzuciła przelotne spojrzenie na kilka pozostawionych na stoliku pergaminów i bez wahania skręciła w boczny korytarz. Mieścił się tam niewielki gabinet z wygodnymi fotelami do kameralnych rozmów.
- U mnie przygotowania do Samhain i koncertu z okazji Dnia Pamięci, znasz mnie, nie potrafię się nudzić. - kącik jej ust znowu drgnął, a wzrok przesunął się po jego twarzy, przyglądając mu się bezwstydnie. W oczach migotało mu coś jasnego, niemal młodzieńczego; twarz miał rozpromienioną, a gesty zdradzały tę trudną do ukrycia przypadłość człowieka, któremu życie podarowało nagle coś, czego nie spodziewał się już otrzymać. Czarownica zmrużyła oczy. - Opowiedz mi więcej o tej fundacji. To dzięki niej zawdzięczasz tak dobry nastrój? - węszyła z zaciekawieniem, bo choć zwykle, gdy się spotykali, był pogodny, to dziś wyczuwała też nadmierną ekscytację. - Może będę mogła pomóc? Ciocia Josephine ma teraz ciężki okres, chętnie ją wyręczę - zaproponowała, mimo że sama miała urwanie głowy przez natłok obowiązków, tak jednocześnie w pamięci przewijał się list od ojca, żeby trzymać rękę na pulsie.
learn the rules
then break some
then break some