13.08.2026, 00:00 ✶
- Poproszę o herbatę jaśminową, jeśli masz - powiedziała, zajmując miejsce w fotelu. Ułożyła dłonie na podłokietnikach, a następnie wygładziła materiał sukienki na kolanach. Wnętrze było przyjemnie ciche, a choć pudełka ustawione na schodach rzeczywiście przyciągnęły jej uwagę, to większe zainteresowanie wzbudził błękitny kot, który obserwował ją z niemal obrażoną czujnością. Na widok jego żółtych oczu kącik ust czarownicy drgnął ledwie zauważalnie.
- To miłe z twojej strony - uśmiechnęła się lekko. - Rodolphus bardzo ciepło się o tobie wypowiada. Wspominał też, że podrzucasz mu różne roślinki - dodała po chwili, bo chyba nie była to żadna tajemnica? Na tym etapie nie przypuszczała, żeby czarodziej zdradzał jej jakiekolwiek sekrety.
- Na służbie? Czym się właściwie zajmujesz? - wtrąciła, bo nigdy nie miały okazji szerzej porozmawiać o swoich zawodach, a w jej oczach Victoria uchodziła za typową arystokratkę, która nie potrzebuje parać się pracą - uznała, że eliksiry to jej jedyne zajęcie, bardziej dla zabicia nudy, niż potrzeby zarobku.
- Galeria mojej rodziny przetrwała. Sama niestety nie miałam tyle szczęścia - westchnęła. - Mieszkanie przesiąkło dymem do tego stopnia, że właściwie nie da się go już wywabić. Można czyścić ściany, prać tkaniny, oczyszczać drewno, ale po kilku godzinach ten zapach znowu się pojawia. - Przesunęła opuszką palca po pierścionku, jakby zastanawiała się, czy powinna mówić więcej. - W tej chwili nie nadaje się do zamieszkania. - Wypowiedziała ostatecznie, spokojnie, ale pod powierzchnią tej pozornej obojętności wciąż tkwiło wspomnienie tamtego dnia. Zapach spalenizny, który wdarł się pod drzwi i przez wszystkie szczeliny, osiadł na ścianach, sufitach, książkach. Czarne zacieki pod sufitem, których nie dało się usunąć jednym zaklęciem. Delikatny pył, który wracał na półki niemal tak szybko, jak się go ścierało.
- Tymczasowo zatrzymałam się w rodowej posiadłości. Dopóki sobie czegoś nie znajdę - miała dość inwestowania czasu i pieniędzy w miejsce, które być może już zawsze będzie pachniało popiołem.
Nie dodała, że myśl o nowym wnętrzu miała dla niej także pewien urok. Nowe ściany oznaczały nową przestrzeń, którą można było urządzić od początku. Dobrać światło. Kolory. Obrazy. Układ mebli. Nadać każdemu przedmiotowi właściwe miejsce. Jedynie okres nie był optymalny - przygotowania do Samhain, do koncertu z okazji Dnia Pamięci, a już za kilka dni bal maskowy Lestrangów.
- Tak, są dla mnie - odparła, bo lista była celowo zwyczajna. Żadnych specjalistycznych receptur. Żadnych mieszanek, które mogłyby naprowadzić kogoś na trop jej stanu. Tylko rzeczy, które rozsądny czarodziej powinien mieć w domu. Choroba była jedną z tych rzeczy, które Astoria trzymała za szczelnie zamkniętymi drzwiami własnej prywatności. Nie dlatego, że się jej wstydziła. Wstyd byłby zbyt prostym uczuciem. Po prostu nie znosiła, gdy cudza wiedza o jej słabościach zmieniała sposób, w jaki na nią patrzono. A jeszcze bardziej nie znosiła litości.
- To właściwie same standardowe rzeczy - dodała, wskazując pergamin. - Chciałabym po prostu mieć je pod ręką. Wiesz, jak to jest. Nie da się przewidzieć, kiedy coś okaże się potrzebne. - brzmiało niewinnie. I właśnie takie miało być.- Nie mam żadnych alergii, o których powinnaś wiedzieć - uściśliła, by nie zostawiać pola na nieporozumienia. Oparła się wygodniej o fotel i jeszcze raz rozejrzała się po salonie. Tym razem jej spojrzenie zatrzymało się na jednym z pudeł stojących przy schodach. Była ciekawa, oczywiście, ale dobre maniery nie pozwalały jej zapytać o ich znaczenie. - Nie musisz się specjalnie spieszyć, na pewno masz mnóstwo zajęć przed waszym balem. Dostałam zaproszenie - urwała na moment, jakby dopiero po wypowiedzeniu tych słów uświadomiła sobie, jak można je odebrać. Jej spojrzenie przemknęło ku Victorii, a na twarzy pojawiło się krótkie, niemal niezauważalne zakłopotanie. - Nie od Rodolphusa - dodała szybko. Brzmiało to zdecydowanie zbyt pospiesznie jak na kobietę, której rzekomo zupełnie nie zależało na tym, co Victoria mogłaby sobie pomyśleć.
- To miłe z twojej strony - uśmiechnęła się lekko. - Rodolphus bardzo ciepło się o tobie wypowiada. Wspominał też, że podrzucasz mu różne roślinki - dodała po chwili, bo chyba nie była to żadna tajemnica? Na tym etapie nie przypuszczała, żeby czarodziej zdradzał jej jakiekolwiek sekrety.
- Na służbie? Czym się właściwie zajmujesz? - wtrąciła, bo nigdy nie miały okazji szerzej porozmawiać o swoich zawodach, a w jej oczach Victoria uchodziła za typową arystokratkę, która nie potrzebuje parać się pracą - uznała, że eliksiry to jej jedyne zajęcie, bardziej dla zabicia nudy, niż potrzeby zarobku.
- Galeria mojej rodziny przetrwała. Sama niestety nie miałam tyle szczęścia - westchnęła. - Mieszkanie przesiąkło dymem do tego stopnia, że właściwie nie da się go już wywabić. Można czyścić ściany, prać tkaniny, oczyszczać drewno, ale po kilku godzinach ten zapach znowu się pojawia. - Przesunęła opuszką palca po pierścionku, jakby zastanawiała się, czy powinna mówić więcej. - W tej chwili nie nadaje się do zamieszkania. - Wypowiedziała ostatecznie, spokojnie, ale pod powierzchnią tej pozornej obojętności wciąż tkwiło wspomnienie tamtego dnia. Zapach spalenizny, który wdarł się pod drzwi i przez wszystkie szczeliny, osiadł na ścianach, sufitach, książkach. Czarne zacieki pod sufitem, których nie dało się usunąć jednym zaklęciem. Delikatny pył, który wracał na półki niemal tak szybko, jak się go ścierało.
- Tymczasowo zatrzymałam się w rodowej posiadłości. Dopóki sobie czegoś nie znajdę - miała dość inwestowania czasu i pieniędzy w miejsce, które być może już zawsze będzie pachniało popiołem.
Nie dodała, że myśl o nowym wnętrzu miała dla niej także pewien urok. Nowe ściany oznaczały nową przestrzeń, którą można było urządzić od początku. Dobrać światło. Kolory. Obrazy. Układ mebli. Nadać każdemu przedmiotowi właściwe miejsce. Jedynie okres nie był optymalny - przygotowania do Samhain, do koncertu z okazji Dnia Pamięci, a już za kilka dni bal maskowy Lestrangów.
- Tak, są dla mnie - odparła, bo lista była celowo zwyczajna. Żadnych specjalistycznych receptur. Żadnych mieszanek, które mogłyby naprowadzić kogoś na trop jej stanu. Tylko rzeczy, które rozsądny czarodziej powinien mieć w domu. Choroba była jedną z tych rzeczy, które Astoria trzymała za szczelnie zamkniętymi drzwiami własnej prywatności. Nie dlatego, że się jej wstydziła. Wstyd byłby zbyt prostym uczuciem. Po prostu nie znosiła, gdy cudza wiedza o jej słabościach zmieniała sposób, w jaki na nią patrzono. A jeszcze bardziej nie znosiła litości.
- To właściwie same standardowe rzeczy - dodała, wskazując pergamin. - Chciałabym po prostu mieć je pod ręką. Wiesz, jak to jest. Nie da się przewidzieć, kiedy coś okaże się potrzebne. - brzmiało niewinnie. I właśnie takie miało być.- Nie mam żadnych alergii, o których powinnaś wiedzieć - uściśliła, by nie zostawiać pola na nieporozumienia. Oparła się wygodniej o fotel i jeszcze raz rozejrzała się po salonie. Tym razem jej spojrzenie zatrzymało się na jednym z pudeł stojących przy schodach. Była ciekawa, oczywiście, ale dobre maniery nie pozwalały jej zapytać o ich znaczenie. - Nie musisz się specjalnie spieszyć, na pewno masz mnóstwo zajęć przed waszym balem. Dostałam zaproszenie - urwała na moment, jakby dopiero po wypowiedzeniu tych słów uświadomiła sobie, jak można je odebrać. Jej spojrzenie przemknęło ku Victorii, a na twarzy pojawiło się krótkie, niemal niezauważalne zakłopotanie. - Nie od Rodolphusa - dodała szybko. Brzmiało to zdecydowanie zbyt pospiesznie jak na kobietę, której rzekomo zupełnie nie zależało na tym, co Victoria mogłaby sobie pomyśleć.
learn the rules
then break some
then break some