Dzisiaj, 00:10 ✶
Do tego aby przewidzieć ich rozmowę o rasizmie nie trzeba było nawet trzeciego oka, zdaje się że prowadzili ją kilka razy już wcześniej, podczas gdy ich ścieżki losu nieodmiennie przecinały się od czasów szkolnych. Podobnie jak wiele innych nitek konwersacji, które poszarpane leżały między nimi cichą purpurą wzajemnej niechęci i obsesji, obopólnej jednoznacznej niechęci, odrazy i czegoś, sekretnego składnika, który ich do siebie przyciągał, który sprawiał, że energetycznie samą myślą powracali do siebie, wbici w siebie jak sztylety aż do gardł.
Nieodmiennie.
Pytanie Alexandra wytrąciło ją z równowagi, zaskoczenie obmalowane na twarzy przyszło jej w sposób nader autentyczny i na moment Mulciber dokonał niemożliwego - Moody po prostu nie odpyskowała mu od razu i to nie dlatego, że obawiała się reakcji innych czyściuszków, czy w ogóle Geraldine, na to, że nieodpowiednie zachowanie mogłoby zakłócić tak idealną uroczystość.
Zaraz po zaskoczeniu przyszła jednak podejrzliwość, która rychło zalśniła w złotych oczach. Ciało mimowolnie napieło się, szukając w jego twarzy podstępu. Szukając fałszu, ale i motywacji do tego, by tak nagle i niespodziewanie przebierać się w owcze runo.
Oblizała wargi, niepomna na to, że jej przygarbione plecy wyglądały przyobleczone w kwiecistą suknię świadkowej doprawdy szalenie niekorzystnie.
Od czego zacząć? Długo by wymieniać, począwszy od nocy spędzonej wspólnie w skrzydle szpitalnym, gdy Alexander powiedział jej prawdę doprowadzając ją do łez wściekłości i bezsilności, której nawet nie mogła wykrzyczeć w poduszkę. A potem kręcił się, kluczył wokół ludzi, na których jej zależało. Jak Eden. Jak Rózia. Jak Morpheus. Jak pasożyt przyssany do ich skóry i wysysający słodką krew. Czy on widział ją lustrzanie w ten sam sposób? Zbyt wiele razy dał jej to odczuć.
Przez moment otarła się piórem kruczoczarnych włosów o myśl, że chciałby zakopać wojenne różdżki, że informacja o tym, że uratowała kogoś łudząco podobnego do niego tamtej nocy zmieniła jakoś magicznie jego serce. Zadrżała nim. Zawołała o opamiętanie. Czy jednak Alexander Mulciber posiadał serce?
Zagryzła policzek tak mocno, żeby poczuć krew na języku wciąż wiercąc w nim złocistymi oczami.
Tak bardzo chciała wiedzieć, czego pragnie – nawet jeśli los nie rozsądził jeszcze, czy po to aby po prostu wiedzieć, czy po to, aby móc to zniszczyć.
– A więc stało się, jest ktoś kogo nienawidzisz bardziej. – Odwróciła wzrok ku stołom i odpowiedziała mu w końcu. Zrobiła to po chwili milczenia, która zdawała się jej wiecznością, ale jej gorącokrwisty charakter zapewne potraktował tak raptem pół minuty. – Czy mam być zazdrosna Mulciber? Z kim Ci jest gorzej niż ze mną? Przyznaj się – próbowała mówić o tym lekko, a jednak była zazdrosna o jakąś popierdoloną hierarchię ważności, energii, którą mógłby poświęcać na nienawidzenie jej. Jakby nagle brak tej linii, tego impulsu, tej iskry miał oznaczać, że powinna okryć głowę żałobnym kirem i odchorować żałobnie tą sytuację. Palce zadrgały jej nerwowym tikiem, a Moody zdała sobie sprawę z tego, że wpatruje się w niemal dokończoną butelkę wina. Kilka łyków… czy cokolwiek by to zmieniło? Westchnęła ciężko.
Nieodmiennie.
Pytanie Alexandra wytrąciło ją z równowagi, zaskoczenie obmalowane na twarzy przyszło jej w sposób nader autentyczny i na moment Mulciber dokonał niemożliwego - Moody po prostu nie odpyskowała mu od razu i to nie dlatego, że obawiała się reakcji innych czyściuszków, czy w ogóle Geraldine, na to, że nieodpowiednie zachowanie mogłoby zakłócić tak idealną uroczystość.
Zaraz po zaskoczeniu przyszła jednak podejrzliwość, która rychło zalśniła w złotych oczach. Ciało mimowolnie napieło się, szukając w jego twarzy podstępu. Szukając fałszu, ale i motywacji do tego, by tak nagle i niespodziewanie przebierać się w owcze runo.
Oblizała wargi, niepomna na to, że jej przygarbione plecy wyglądały przyobleczone w kwiecistą suknię świadkowej doprawdy szalenie niekorzystnie.
Od czego zacząć? Długo by wymieniać, począwszy od nocy spędzonej wspólnie w skrzydle szpitalnym, gdy Alexander powiedział jej prawdę doprowadzając ją do łez wściekłości i bezsilności, której nawet nie mogła wykrzyczeć w poduszkę. A potem kręcił się, kluczył wokół ludzi, na których jej zależało. Jak Eden. Jak Rózia. Jak Morpheus. Jak pasożyt przyssany do ich skóry i wysysający słodką krew. Czy on widział ją lustrzanie w ten sam sposób? Zbyt wiele razy dał jej to odczuć.
Przez moment otarła się piórem kruczoczarnych włosów o myśl, że chciałby zakopać wojenne różdżki, że informacja o tym, że uratowała kogoś łudząco podobnego do niego tamtej nocy zmieniła jakoś magicznie jego serce. Zadrżała nim. Zawołała o opamiętanie. Czy jednak Alexander Mulciber posiadał serce?
Zagryzła policzek tak mocno, żeby poczuć krew na języku wciąż wiercąc w nim złocistymi oczami.
Tak bardzo chciała wiedzieć, czego pragnie – nawet jeśli los nie rozsądził jeszcze, czy po to aby po prostu wiedzieć, czy po to, aby móc to zniszczyć.
– A więc stało się, jest ktoś kogo nienawidzisz bardziej. – Odwróciła wzrok ku stołom i odpowiedziała mu w końcu. Zrobiła to po chwili milczenia, która zdawała się jej wiecznością, ale jej gorącokrwisty charakter zapewne potraktował tak raptem pół minuty. – Czy mam być zazdrosna Mulciber? Z kim Ci jest gorzej niż ze mną? Przyznaj się – próbowała mówić o tym lekko, a jednak była zazdrosna o jakąś popierdoloną hierarchię ważności, energii, którą mógłby poświęcać na nienawidzenie jej. Jakby nagle brak tej linii, tego impulsu, tej iskry miał oznaczać, że powinna okryć głowę żałobnym kirem i odchorować żałobnie tą sytuację. Palce zadrgały jej nerwowym tikiem, a Moody zdała sobie sprawę z tego, że wpatruje się w niemal dokończoną butelkę wina. Kilka łyków… czy cokolwiek by to zmieniło? Westchnęła ciężko.