Pani Henrietta, właścicielka Makbeta, była kobietą po pięćdziesiątce o nieco poważnej aparycji, kiedy się uśmiechała, zyskiwała jednak na przystępności, a dzisiejszego dnia błyszczała pozytywną energią. W końcu czemu miałaby się smucić, skoro jej ukochany pupil wrócił bezpiecznie do domu?
— Ależ oczywiście — zapewniła, uśmiechają się do Anthony'ego delikatnie. — Warunki lokalowe? — zamyśliła się, zerkając na moment na trzymaną szklankę. — Tak jak pan zauważył, mamy Restaurację u Lizzy. Są też Pod Drzewem Wierzby i Krzywym Kulfonem. Co prawda to drugie jest kierowane bardziej do pracowników tartaku, ale no, nie zmienia to faktu że jest dostępne — podchwyciła temat lokali. A potem zastanowiła się nieco. — Bibliotekę. Mamy bibliotekę. Zawsze wydawało mi się, że każde porządne miasto czy miasteczko, powinno mieć zbiór książkowy. Co prawda nasza biblioteka, to bardziej taka biblioteczka i niewątpliwie nie umywa się do biblioteki Parkinsonów, ale jest. Znajduje się przy głównym placu i część czarodziejską wspomagają czasem Bagshotowie, z tego co pamiętam. Wie pan, jakieś przybory, albo jeśli coś wymaga naprawy, skoro już mają swój sklep papierniczy, to chyba nawet trochę po drodze. Skromna, ale można tam znaleźć nieco wiedzy.