15.08.2026, 03:08 ✶
Kaszel ustąpił dopiero po dwóch kolejnych łykach, co było posunięciem samobójczym, bo napój wciąż miał temperaturę i smak roztopionego ołowiu, ale Septima wolała już poparzyć się po raz drugi niż siedzieć w Rejwachu i charczeć jak wysłużone miechy kowalskie.
— Grzańca — odpowiedziała w końcu, ochrypła, ocierając kciukiem kącik oka. — I nie kaszlę przez niego, tylko przez goździk. Zaatakował mnie znienacka.
Postanowiła nie rozwijać. Zamiast tego odsunęła kubek na bezpieczną odległość i zaczęła go obserwować zaciekawiona. Nie kubek rzecz jasna, a samego Zenka.
Bo działo się przy tym gramofonie coś, na co nie była do końca przygotowana. Człowiek, który przed kwadransem omal nie wywrócił się o kota i który nosił na sobie ubrania niepoważne i przypisywane wyłącznie ekscentrycznym czarodziejom (bądź mugolom), brał teraz płytę w dłonie tak, jak ojciec brał do ręki płytkę hebanu przed pierwszym cięciem — całymi wnętrzami dłoni, za krawędzie, nigdy za powierzchnię. Przetarł. Sprawdził. Zdjął poprzednią i odłożył ją na bok, zamiast rzucić, chociaż mówił o niej „bah" i wyraźnie miał ją za wysłużone paskudztwo. Wyszczotkował filc, którego nikt poza nim w tym lokalu nawet nie zauważał. Wszystko to zajęło mu trzy razy więcej czasu, niż powinno i Septima obserwowała to z rosnącym, niewygodnym uczuciem, że przygląda się komuś w jego własnym warsztacie.
Człowiek nieporządny nie czyścił rzeczy, których nie widać. Uświadomiła sobie, że siedzi z ustami lekko rozchylonymi, i natychmiast zamknęła je z przejęciem.
Igła siadła i przez pierwsze dwie sekundy Septima była przekonana, że coś się zepsuło. Bo nie było wielkiego wstępu, nie było tego cichego trzasku, chrząknięcia płyty, ani tych kilku pierwszych taktów, którymi utwór grzecznie się kłania, zanim wjedzie nutami do pokoju. Siedziała więc wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach niczym muzyczna znawczyni pisząca dla Pitchforka Spoona. Czekając, aż się zacznie, i coraz mniej pewna, na co właściwie czekać powinna, bo przecież czekała tutaj pierwotnie na coś zupełnie innego, ale o tym na moment przestała pamiętać.
Z czasem stwierdziła, że spodziewa się głosu, a głos nie przyszedł; minęła minuta, potem druga, potem i piąta, a nikt nie zaśpiewał ani jednego słowa, żadnej frazy, żadnego jęku, nie było refrenu i nie było nawet szczeliny, w którą dałoby się refren wcisnąć — Septima jeszcze nie wiedziala, że audiofile rzadko gustowali w muzyce kierowanej wokalem. Z instrumentów nie rozpoznała żadnego i to akurat nie było niczym nowym, bo o muzyce wiedziała dokładnie tyle, ile wynosiło się z cudzego gramofonu — czyli nic. Ale nawykiem, którego nigdy się nie pozbyła, było pytanie „z czego to jest", zadawane wszystkiemu, co się tylko nawinęło. Zwykle dostawała odpowiedź. Teraz nie dostała żadnej. Dźwięk nie miał w sobie ani drewna, ani włosia, ani ludzkiego oddechu; ciągnął się gładko i równo, naprężony między dwoma punktami, jak cienka struna, której nikt nie zamierza puścić.
Rozejrzała się po sali, żeby sprawdzić, czy ktokolwiek uważa to za skandal. Nie uważał nikt. Pijacy pili dalej, przy barze ktoś rechotał na coś, co powiedziano pięć minut temu, portrety naparzały się o swoje, a muzyka, która wywróciła jej cały wieczór do góry nogami, przeszła przez tę knajpę nieśmiało, nie zostawiając w niej najmniejszej rysy. A może nie obserwowała dokładnie.
— Tańczy się do tego, Zenku?
Potem wjechał szmer, a raczej chmara szmerów i Septima nie była pewna czy tak być powinno.
Wstała raptownie, zostawiając za sobą wysiedziane krzesło i nieszczęsny kubek. Przez salę przeszła powoli, świadoma tego, jak wygląda w swojej koronkowej bieli stłamszonej przez wyblakłe brązy, ale goździkowy pogromca gardeł dodał jej odwagi, której ewidentnie dziś potrzebowała.
Przy gramofonie zatrzymała się o dwa kroki dalej, niż wypadałoby stanąć byle jakiemu rozmówcy. Ręce założyła do tyłu i splotła rzemieślnicze palce mocno, bo tego nauczyła się od ojca dawno i to jedno przynajmniej weszło jej w krew. W cudzym warsztacie nie dotykało się niczego, dopóki właściciel sam nie pozwolił, a Ollivanderówna w głębi duszy była przecież grzeczną dziewczynką.
— To nie jazz ani blues, ani nawet rock and roll. Jak to coś nazwać?— zapytała, oczyma manewrując między gramofonem a Zenkiem. Widocznie grzaniec wytapiał nie tylko rumieńce na jej policzkach, wytapiał również obkuty lodem język — i po co wyszczotkowałeś ten filc?
W tle dało się słyszeć pogłos nieznajomego, który gębę otwierał zdecydowanie szerzej niż reszta gości knajpy:
Ej nawet fajne to, takie avant-gardowe. Brzmi trochę jak taki jeden band na koncercie którego byłem w Niemczech dwa lata temu. Rozdawali wtedy bratwursty z kapustą, piwo też mieli dobre.
— Grzańca — odpowiedziała w końcu, ochrypła, ocierając kciukiem kącik oka. — I nie kaszlę przez niego, tylko przez goździk. Zaatakował mnie znienacka.
Postanowiła nie rozwijać. Zamiast tego odsunęła kubek na bezpieczną odległość i zaczęła go obserwować zaciekawiona. Nie kubek rzecz jasna, a samego Zenka.
Bo działo się przy tym gramofonie coś, na co nie była do końca przygotowana. Człowiek, który przed kwadransem omal nie wywrócił się o kota i który nosił na sobie ubrania niepoważne i przypisywane wyłącznie ekscentrycznym czarodziejom (bądź mugolom), brał teraz płytę w dłonie tak, jak ojciec brał do ręki płytkę hebanu przed pierwszym cięciem — całymi wnętrzami dłoni, za krawędzie, nigdy za powierzchnię. Przetarł. Sprawdził. Zdjął poprzednią i odłożył ją na bok, zamiast rzucić, chociaż mówił o niej „bah" i wyraźnie miał ją za wysłużone paskudztwo. Wyszczotkował filc, którego nikt poza nim w tym lokalu nawet nie zauważał. Wszystko to zajęło mu trzy razy więcej czasu, niż powinno i Septima obserwowała to z rosnącym, niewygodnym uczuciem, że przygląda się komuś w jego własnym warsztacie.
Człowiek nieporządny nie czyścił rzeczy, których nie widać. Uświadomiła sobie, że siedzi z ustami lekko rozchylonymi, i natychmiast zamknęła je z przejęciem.
Igła siadła i przez pierwsze dwie sekundy Septima była przekonana, że coś się zepsuło. Bo nie było wielkiego wstępu, nie było tego cichego trzasku, chrząknięcia płyty, ani tych kilku pierwszych taktów, którymi utwór grzecznie się kłania, zanim wjedzie nutami do pokoju. Siedziała więc wyprostowana, z dłońmi splecionymi na kolanach niczym muzyczna znawczyni pisząca dla Pitchforka Spoona. Czekając, aż się zacznie, i coraz mniej pewna, na co właściwie czekać powinna, bo przecież czekała tutaj pierwotnie na coś zupełnie innego, ale o tym na moment przestała pamiętać.
Z czasem stwierdziła, że spodziewa się głosu, a głos nie przyszedł; minęła minuta, potem druga, potem i piąta, a nikt nie zaśpiewał ani jednego słowa, żadnej frazy, żadnego jęku, nie było refrenu i nie było nawet szczeliny, w którą dałoby się refren wcisnąć — Septima jeszcze nie wiedziala, że audiofile rzadko gustowali w muzyce kierowanej wokalem. Z instrumentów nie rozpoznała żadnego i to akurat nie było niczym nowym, bo o muzyce wiedziała dokładnie tyle, ile wynosiło się z cudzego gramofonu — czyli nic. Ale nawykiem, którego nigdy się nie pozbyła, było pytanie „z czego to jest", zadawane wszystkiemu, co się tylko nawinęło. Zwykle dostawała odpowiedź. Teraz nie dostała żadnej. Dźwięk nie miał w sobie ani drewna, ani włosia, ani ludzkiego oddechu; ciągnął się gładko i równo, naprężony między dwoma punktami, jak cienka struna, której nikt nie zamierza puścić.
Rozejrzała się po sali, żeby sprawdzić, czy ktokolwiek uważa to za skandal. Nie uważał nikt. Pijacy pili dalej, przy barze ktoś rechotał na coś, co powiedziano pięć minut temu, portrety naparzały się o swoje, a muzyka, która wywróciła jej cały wieczór do góry nogami, przeszła przez tę knajpę nieśmiało, nie zostawiając w niej najmniejszej rysy. A może nie obserwowała dokładnie.
— Tańczy się do tego, Zenku?
Potem wjechał szmer, a raczej chmara szmerów i Septima nie była pewna czy tak być powinno.
Wstała raptownie, zostawiając za sobą wysiedziane krzesło i nieszczęsny kubek. Przez salę przeszła powoli, świadoma tego, jak wygląda w swojej koronkowej bieli stłamszonej przez wyblakłe brązy, ale goździkowy pogromca gardeł dodał jej odwagi, której ewidentnie dziś potrzebowała.
Przy gramofonie zatrzymała się o dwa kroki dalej, niż wypadałoby stanąć byle jakiemu rozmówcy. Ręce założyła do tyłu i splotła rzemieślnicze palce mocno, bo tego nauczyła się od ojca dawno i to jedno przynajmniej weszło jej w krew. W cudzym warsztacie nie dotykało się niczego, dopóki właściciel sam nie pozwolił, a Ollivanderówna w głębi duszy była przecież grzeczną dziewczynką.
— To nie jazz ani blues, ani nawet rock and roll. Jak to coś nazwać?— zapytała, oczyma manewrując między gramofonem a Zenkiem. Widocznie grzaniec wytapiał nie tylko rumieńce na jej policzkach, wytapiał również obkuty lodem język — i po co wyszczotkowałeś ten filc?
W tle dało się słyszeć pogłos nieznajomego, który gębę otwierał zdecydowanie szerzej niż reszta gości knajpy:
Ej nawet fajne to, takie avant-gardowe. Brzmi trochę jak taki jeden band na koncercie którego byłem w Niemczech dwa lata temu. Rozdawali wtedy bratwursty z kapustą, piwo też mieli dobre.
Kocham drewno i duże bicepsy.