Jej gniew, istna pożoga tłamszonych wewnątrz emocji urastały do rangi niebotycznej, gdy miała walczyć o sprawy ważne jej przegniłym sercu – ochrona bliskich, oddanie lojalnością organizacji, tłamszenie i nagły paroksyzm złości w stosunku do tych, którzy z jej światłymi poglądami się nie zgadzali. A dusiła w sobie te emocje z czystego pragmatyzmu i poczucia, że gdyby bestia kłębiąca się w klatce żeber widziała światło dzienne w prozie życia codziennego – dawno wyścielałaby swoją osobą celę w Azkabanie. Bo była emocjonalnie rozbita, a doskonale wiemy, że raz rozbita, posklejana na nowo nigdy już nie będzie bliska pierwotnemu kształtu – tym samym cechowała się miłość; z pierwiastków pierwszych nie dało się zbudować niczego, co istniało wcześniej. Może dlatego starała się kochać pomimo bezwzględności gotującej się w żyłach?
– Nigdy nie poddałabym w wątpliwość mojej lojalności wobec organizacji – rzekła miękko, wzrok usadzając gdzieś między nim, a przestrzenią osnutą welonem grudniowego śniegu.
Manifest, który ciężkim całunem spłynął na czarodziejski półświatek, zawierał w sobie doktryny, którym wierna była już od dziecięcych lat, gdy stukot złotych pantofelków zwiastował huragan jej obecności. Świat powinien być posłuszny tego typu przekonaniom, jakkolwiek brutalne w swej krasie by nie były.
Slughorn był tylko pionkiem na rozległej szachownicy życiowej; jeśli usunięcie jego nieznaczącego, plugawego jestestwa, nawet w postaci tak małej, jak zaburzenie jego moralności było konieczne – nie zawahałaby się aby zrobić to po raz kolejny, nawet w znacznie brutalniej okraszonej formie.
– Będę drwić. Czy ten cały ożenek jest faktycznie konieczny? Dlaczego mamy tak różne spojrzenia na to, będąc jednocześnie charakterologiczne tak blisko? – zabrzmiała retoryką, przywołując na oblicze szczyptę naburmuszenia.
Jej zaborczość tłumaczona była innym faktorem, aniżeli mógł się spodziewać. Czuła się samotna pośród meandrów życiowych; nie potrafiła znaleźć w nikim bratniej duszy poza nim i nade wszystko nie chciała, aby niewiadoma panna ukradła jej atencję jej brata. No właśnie, jej brata, niczyjego innego. I choć mogła rzucać uroki na wszystkie trzpiotki kręcące się wokół niego na przestrzeni lat hogwardzkich – dorosłość otwierała przed nimi nową przesiekę, gładki pas startowy.
Nie potrafiła z niego zrezygnować na płaszczyźnie uczuciowej – widział w końcu jej łzy, wybuchy paroksyzmu radości, jak i tę bestię, którą uwalniała z kruchego ciała nader rzadko. Spytana o najważniejszą istotę w jej sercu – bez chwili zawahania wskazałaby Louvaina.