• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [29.09.72] Rust in the mountains | Astoria, Gareth

[29.09.72] Rust in the mountains | Astoria, Gareth
cythryblus
Angel pen ffordd, diawl pen tân
wiek
35
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
uzdrowiciel
Ma bladą, niepokochaną przez słońce, za to gęsto obsypaną piegami, cerę. Oczy jasne, zielonoszare, osadzone głęboko pod ciężkim łukiem brwiowym, przez co nawet neutralne spojrzenie wygląda na foch i pretensję. Miękczą je jedynie rzęsy, gęste i dłuższe niż wypadałoby chłopu tej postury. Nos długi, ze śladem po dawnym złamaniu, którego nikt mu porządnie nie nastawił. Zarost zazwyczaj nosi krótki i nierówny, goli się na specjalne okazje. Włosy sięgają obojczyków, falują nieprzewidywalnie i wiecznie wchodzą w twarz; związuje je do pracy i w pogodę, która ciska w usta więcej niż dziesięć przekleństw na minutę. Jest szeroki w barach i mierzy ponad sześć stóp wzrostu. Buciory, których nie zdejmuje właściwie nigdy, dokładają mu nie tylko parę cali, ale i za dużo hałasu, bo słychać go w korytarzu na długo, zanim się pojawi. Chodzi ciężko i pewnie, z lekkim przechyłem na prawą stronę, pamiątką po czymś, o czym nie opowiada.

Gareth Rowle
#1
17.08.2026, 22:27  ✶  
Właśnie skończył robotę.
Aportował się prosto z budynku gospodarczego i tego wieczoru nie miał już w planach żadnych stworów ani ludzi. Zdjął rękawice dopiero przy bramie i przez chwilę patrzył na własne ręce; prawa spuchnięta w kłykciach od zapinania klamry przez czterdzieści minut, lewa podpalona po zewnętrznej stronie przedramienia w miejscu, gdzie samica dmuchnęła nie ogniem, tylko samym powietrzem sprzed ognistego oddechu. Popiół siedział mu w bruzdach palców, pod paznokciami miał krew, (nie jego) i tę charakterystyczną warstwę tłuszczu, której większość mydlanych zaklęć się nie imało. Siarki na sobie już prawie nigdy nie czuł, ale na pewno czuł każdy inny, kto w rezerwacie na co dzień nie przebywał. 

Gdy wpinał rękawice na karabińczyk przy pasie, Leviathan minął go bez słowa, tak jakby ktoś ciągnął go za sam mostek na żyłce. Szedł w stronę świstoklików, wydedukował, chyba że Gary źle zgadywał kierunek. I na bratanku nie skupiłby już ani urywka myśli więcej, gdyby tylko nie wpadł na kogoś, kogo od dawna tu nie widywał.
Tuż za bramą stała ona.
Ostatni raz widział dziewczynę w lutym i nie umiałby powiedzieć, jak wtedy wyglądała. Pamiętał za to inne rzeczy z tamtego dnia, chociażby że ziemia była zmarznięta i szło ją tłuc łopatą, albo że sam trzymał ręce w kieszeniach pogrzebowej szaty, bo mu drżały, i że wtedy jeszcze wmawiał sobie, że po prostu z zimna. Ją miał gdzieś na skraju zmęczonego oka, w głębokiej czerni, którą tego dnia mieli wszyscy. Nie był pewien, może coś do niego powiedziała. Wydawało mu się, że tak i że odpowiedział czymś, czego wolałby nie przywoływać, ale to już był ten etap dnia, w którym mózg operował wyłącznie na starych instynktach. Zresztą nikt na pogrzebach nie był sobą, tylko wersją najgorszą, wywleczoną gwałtem z najbardziej odległego zakamarku duszy.

Dziś Astoria stała prosto tak jak stała młoda dama, której elegancję wbito dłutem w wątłe kości. Potem spojrzał jej w twarz, przez chwilę nie myśląc o niczym mądrym ani wyniosłym, bo była obiektywnie piękna i nie ładna, nie „przystojna panna z dobrego domu", jak mówiono przy stole o wszystkich towarzyskich odpadach, których nie wypadało głęboko urazić. Twarz jej odznaczała się na tyle przedziwną symetrią, że gdyby tylko zobaczył ją u zwierzęcia, natychmiast sprawdziłby rodowód. Pół roku temu, na pogrzebie, pomyślał dokładnie to samo i nawet on poczuł się z tym parszywie, tak jakby sam martwy Xander miałby mu to przeczytać w myślach.
— Astoria. — odezwał się głośno, z umiarkowanym cieniem ogłady w głosie. — Kawał czasu. Dobrze cię widzieć. Wybacz ręce, wracam z… pracy — ale jej piętno wisiało również na rąbku kołnierza i na osmolonym czole, czego Gary świadomy nie był.
Tuż za ciasnym żywopłotem świeciły okna rezydencji, gdzie o tej porze podawało się zazwyczaj herbatę z ciasteczkami. Ciasteczka lubił, herbatę mniej, ale o tym panna Avery wiedzieć nie musiała.
— Spotkałem po drodze Leviathana. Zakładam, że wezwały go właśnie pilne sprawy — uśmiechnął się, całkiem grzecznie, różdżką próbując pozbyć się pierwszej, najbardziej powierzchownej warstwy brudu z rąk. 
— Czekasz na niego tu, czy napijesz się w międzyczasie herbaty? — Ruchem głowy wskazał nie front, tylko bok domu, gdzie schody schodziły do kuchni. Chciał z nią pogawędzić i wypytać o wszystko, ale ponad wszystko chciał również po prostu na koniec dnia pracy usiąść i odpocząć — ale nie miał nic przeciwko towarzyszącej mu w tym Astorii.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Astoria Avery (500), Gareth Rowle (1108)




Wiadomości w tym wątku
[29.09.72] Rust in the mountains | Astoria, Gareth - przez Gareth Rowle - 17.08.2026, 22:27
RE: [29.09.72] Rust in the mountains | Astoria, Gareth - przez Astoria Avery - 05.10.2026, 00:24
RE: [29.09.72] Rust in the mountains | Astoria, Gareth - przez Gareth Rowle - 17.10.2026, 17:29

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa