Atreus nigdy nie uważał się za osobę przesadnie religijną i w sumie też nią nie był. Jego stosunek do bogów był wygodny; brał udział w sabatach, spędzał je w gronie rodziny lub na kiermaszach, wznosił modlitwy kiedy było to dobrze widziane, a do tego odwiedzał kowen by wziąć udział w nabożeństwach. To ostatnie wychodziło mu najbardziej w kratkę, ale chyba nieco częściej od momentu Beltane. Daleko mu było do faktycznej, gorliwej wiary, ale niewątpliwie było wiele osób, które można było uznać za jeszcze gorsze, jeśli chodziło o wywiązywanie się z religijnych rytuałów. Powiedzieć więc, że czuł się w kowenie jak w domu, byłoby pewnym niedopowiedzeniem, ale na pewno nie było mu tu obco. Kojarzył twarze kapłanów i kapłanek. Kojarzył nawet niektórych wiernych, gdyby się tak nad tym zastanowił.
Martwił się nieco o to, że ich popularność mogła spłoszyć niektórych, kiedy zaczęliby ich wypytywać. Tyczyło się to głównie osób, które mogły mieć coś na sumieniu, bo jakby nie patrzeć, byli tutaj jako funkcjonariusze Ministerstwa. Victoria jednak miała trochę racji i jeśli chodziło o samych kapłanów i kapłanki, mogli na tych interakcjach zyskać. Bulstrode pamiętał aż za dobrze, jak dziewczyny kręciły się dookoła niego, gdy przebudził się w kowenie po tym jak Isobell go uratowała.
— Hm, okej. Modlitwa, zimno, Samhain… brzmi okej. Nie chce do niego iść, bo Isobell ostatnim razem jak z nią rozmawiałem, prosiła mnie o możliwość wychodzenia do ogrodu, ale Bones uparł się, że jest najniebezpieczniejszą osobą w Lecznicy i nic z tego, nie ważne ile mu tych listów wyślę — westchnął, ściszając nieco głos, kiedy wspomniał o swojej rozmowie z Arcykapłanką. — To co, do ołtarza? — mruknął, ruszając w tamtym kierunku.