20.08.2026, 11:02 ✶
Zazwyczaj Basilius nie miał najmniejszego problemu z powstrzymywaniem swoich ciętych ripost, a Thomas zazwyczaj nie miał problemu, by patrzeć prosto w oczy, mówiąc cokolwiek mu ślina na język przyniosła. Jeden jednak był dziwnie milczący, a drugi mamrotał rzeczy do mrówek, jak pensjonarka, która musiała wybrać trawnik, bo nie znalazła nigdzie poduszki do której mogłaby piszczeć.
Moody odpowiadał ten stan rzeczy, a jej niezbyt rozwinięty poziom empatii nie zauważył rozterek malujących się na czole Prewetta. Z resztą… ignorowanie wszelkich symptomów jego stanu zdrowotnego było w pewien sposób kluczowe w ich relacji. Toksyczne, niezdrowe na dłuższą metę… Kluczowe.
Tymczasem rozochocony umysł dziewczyny (i bardzo, bardzo rozochocona wyobraźnia) szybował już sobie hen daleko opierając się na skojarzeniach, które się posypały. Przysunęła się nieco bliżej głowy Thomasa, żeby ten na pewno dobrze ją słyszał, co nie przeszkadzało jej bardzo intensywnie wpatrywać się w Basiliusa, ostatecznie w końcu mówiła o nim…
– Pan chyba nigdy nie latał na miotle w niepogodę. Powietrze, to też huragan, niszczycielska siła niewidzialnej determinacji, która albo napierdala Ci w twarz i zmusza do latania zygzakiem, albo ņapierdala Ci w plecy i sprawia, że lecisz piętnaście razy szybciej… Żeby nie wspomnieć o błyskawicach, to też domena powietrza. A jedna pierdolnęła mnie już jakiś czas temu, nie życzę tego najgorszemu wrogowi… chociaż nie, kilku by się znalazło, których też mogłoby jebnąć. – wolną dłonią sięgnęła po wystającą znad innych ździebeł trawkę, kłosik, który pozbawiła zagnieżdżenia w ziemi i zawadiacko wsadziła go sobie między zęby. Zapaliłaby sobie, ale może poczeka aż zmienią okolicę. Może. Drugą dłonią wróciła do głaskania Tommy'ego, nawet jeśli uprzedzał, że wtedy jej nie słucha. Być może jednak dotarło do niego, gdy tuż nad uchem dodała:
– Wiesz, że bez wody też jest trudno żyć, prawda? – żadnej herbaty by się nie zaparzyło. I jak go nieco wkurwiało ją takie rozlazłe nastawienie do niej Figga po tej cholernej herbacie, ale nie dało się ukryć, że miękła. Miękła jak cholera mając ich obu obok. Było to bardziej odurzające niż wszystkie grzyby świata. – Wieczorem gramy. Bez kantów na fanty. Nie przyjmuje odmowy – oznajmiła, opadając na zielone poszycie i patrząc w październikowe złote niebo. Gdyby nie to, że coś ją łaskotało w szyję byłoby wybitnie idealnie…
Moody odpowiadał ten stan rzeczy, a jej niezbyt rozwinięty poziom empatii nie zauważył rozterek malujących się na czole Prewetta. Z resztą… ignorowanie wszelkich symptomów jego stanu zdrowotnego było w pewien sposób kluczowe w ich relacji. Toksyczne, niezdrowe na dłuższą metę… Kluczowe.
Tymczasem rozochocony umysł dziewczyny (i bardzo, bardzo rozochocona wyobraźnia) szybował już sobie hen daleko opierając się na skojarzeniach, które się posypały. Przysunęła się nieco bliżej głowy Thomasa, żeby ten na pewno dobrze ją słyszał, co nie przeszkadzało jej bardzo intensywnie wpatrywać się w Basiliusa, ostatecznie w końcu mówiła o nim…
– Pan chyba nigdy nie latał na miotle w niepogodę. Powietrze, to też huragan, niszczycielska siła niewidzialnej determinacji, która albo napierdala Ci w twarz i zmusza do latania zygzakiem, albo ņapierdala Ci w plecy i sprawia, że lecisz piętnaście razy szybciej… Żeby nie wspomnieć o błyskawicach, to też domena powietrza. A jedna pierdolnęła mnie już jakiś czas temu, nie życzę tego najgorszemu wrogowi… chociaż nie, kilku by się znalazło, których też mogłoby jebnąć. – wolną dłonią sięgnęła po wystającą znad innych ździebeł trawkę, kłosik, który pozbawiła zagnieżdżenia w ziemi i zawadiacko wsadziła go sobie między zęby. Zapaliłaby sobie, ale może poczeka aż zmienią okolicę. Może. Drugą dłonią wróciła do głaskania Tommy'ego, nawet jeśli uprzedzał, że wtedy jej nie słucha. Być może jednak dotarło do niego, gdy tuż nad uchem dodała:
– Wiesz, że bez wody też jest trudno żyć, prawda? – żadnej herbaty by się nie zaparzyło. I jak go nieco wkurwiało ją takie rozlazłe nastawienie do niej Figga po tej cholernej herbacie, ale nie dało się ukryć, że miękła. Miękła jak cholera mając ich obu obok. Było to bardziej odurzające niż wszystkie grzyby świata. – Wieczorem gramy. Bez kantów na fanty. Nie przyjmuje odmowy – oznajmiła, opadając na zielone poszycie i patrząc w październikowe złote niebo. Gdyby nie to, że coś ją łaskotało w szyję byłoby wybitnie idealnie…