20.08.2026, 16:36 ✶
Szóstego dnia stworzenia Bóg stworzył człowieka. Siódmego dał mu piwo, by wytrzymał na tym ziemskim padole. Dla Zenka to właściwie było kojące. Mógł wyglądać znad konsolety, król lokalu na pulpicie. Albo muzyk etatowy, zdany na łaskę Woody'ego.
Grał do kotleta i patrzył. Gdy miał szczęście, pijacy nie patrzyli na niego. Wiedział, kto przychodził. Kto odchodził. Kto obrastał w bęben, pojony piwem rozwodnionym. Takie to było ich Królestwo Boże. Boże, Woody, skończ już puszczać te bluesowe rytmy, pijaków zasmucisz. Chet Baker nadymał się z płytowej okładki. Z całych sił dmuchał w trąbkę. Tak by się produkował przy gramofonie dalej, gdyby Zenek nie podszedł i nie ściągnął igły z płyty.
Lubił ich widzieć szczęśliwych. Jak podrygiwali nóżką, aż do rozpadu podeszwy. Jak kiwali głowami. Odkąd nadobył się władzy w Rejwachu, zadowolenie klientów zależało właściwie od niego. Młody chłopak wtedy był. W kwiecie chmielnym wieku.
Tylko lokal nadal źle na niego łypał. On się starał z szacunkiem. Za ciężko nie stąpać, coby deski nie skrzypiały. Portrety nie wiedziały, kim on był. No intruz. Jak przejechał kiedyś palcem po obrośniętej kurzem ramie, to się taki rwetes zrobił, że aż poleciał na górę. Do swojego pokoju. To nie na jego nerwy, te ramy. Płyty na niego nie krzyczały.
No i sny. Sny pijaków. To była kryjówka nośniejsza niż pokój.
Zenek zasiadł na podwyższeniu, na tej samej scenie, co zwykle. "Co zwykle" oznaczało w tym przypadku kilka tygodni. A może kilka dni? A skąd miał to wiedzieć. Kupić kalendarz.
Składał się nad instrumentem, ten chłopak długiej postury. Nosił dżinsy. Na sobie miał też koszulę w szkocką kratę. Z ciepłej wełny, mocno ściuchaną. Zenek nadal wyczekiwał pierwszej wypłaty. Nosił to, co zabrał z sobą z domu.
Melodie również przywiózł. Na początek grał coś prostego i domowego. Wlazł kotek na płotek i mruga. Ładna to piosenka, niedługa. Jedną flaszkę. Drugą flaszkę. Pijacy łykali to jak cukierki. Długie palce przebierały. Barmanka się krzątała. Nie długa, nie krótka, a w sam raz. A ty mi, koteczku, buzi dasz. Skąd niby Woody miał kasę na barmankę?
Podmuchy wiatru wyrywały lokal z piwnej stagnacji. Gdy drzwi się uchylały, wchodził ktoś nowy. Ta prosta logika skłaniała Zenka, by swoją głowę unosił znad keyboardu. Znowu ta rozgadana babka. Wracał do grania. Znowu ten, co zawsze śpi. Wracał. Rude na głowie? Nowe, nieznane. Zenek grał dalej.
Po rozgrzewce lubił zapodać coś własnego. Tak było i tamtym razem. Metka na karku drapała go, więc podrapał się. Drasnął skórę rozgrzanymi palcami. Opuszki go bolały, ale i paliły. Odłożył je na klawisze. A potem nacisnął.
Coś ognistego jak podmuchy wiatru. W drugą stronę. Oddechy pijaków, ciężkie od alkoholu. Drażniły jego nos.
Sala była już rozgrzana. Mogli to przyjąć.
Sala odpowiadała, a w stronę Zenka — ruch. Rude znalazło się w polu widzenia. Na wysokości klawiszy. Nie przestawał grać. Rude się poruszyło. Paluch poszybował w górę i wylądował… Na czarnym metalu obudowy niewątpliwie formował się właśnie odcisk palca. A może na drewnie, tak obok trochę. Zenek nie widział. Kończył ustęp na keyboardzie. Dopiero wtedy się na człowieka spojrzał.
Oddechy pijaków wokół krążyły ciężko. Uciął utwór. Oddechy opadły. Co to jest, to takie coś? Głos nie należał do Zenka. Chłopak uśmiechał się przyjaźnie. Zenek podrapał się w grzywkę.
— No, tak. — zignorował pierwsze pytanie. Zamrugał dwa razy. Serce zabiło szybko, póki obcy palec był na obudowie. — Ta mugolska energia to ja. Zenek Kozioł jestem, zameldowany. Jestem nowym muzykiem w Rejwachu.
Zenek nie był pewny, czy w Rejwachu wcześniej byli muzycy. Może byli już martwi. Ten, Banjo? Enjo? -rlas, w każdym razie, niezłe ziółko z niego było, ale Zenek nie miał pewności, czy jego rzępolenie nazwałby muzyką. Właściwie, to nie. Nie nazwałby. Zatem był tylko on.
Chłopak odsunął się, a Zenek wypuścił z siebie powietrze. Bez alkoholu. Urządzenie nadal pstrykało iskrami, nienasycone po urwanej piosence. To wina tej magii w miejscu prądu. Zenek nadal tego nie opanował. Jak się rudy zbliżał zbyt mocno, to go mogło prądem kopnąć. Paluch był nadal zagrożony.
— Cacko, ja to tak nazywam. Muzykę z tego gram. — zmierzył spojrzeniem uśmiech. Po czym się wyprostował i odsunął od własnej armatury. Stołek przejechał po drewnianej scenie, zgrzyyyyt.
Pociągnął nosem. Alkoholu nie było tu brak. To się typek nieźle wstawił. Mina Zenka nadal była gdzieś w czwartej gęstości.
— Fajnie było?
Łapacz marzeń; Zenek wskakuje wzrokiem do oczu Billiusa, a trzecie oko sprawdza, czy podobał mu się utwór
Grał do kotleta i patrzył. Gdy miał szczęście, pijacy nie patrzyli na niego. Wiedział, kto przychodził. Kto odchodził. Kto obrastał w bęben, pojony piwem rozwodnionym. Takie to było ich Królestwo Boże. Boże, Woody, skończ już puszczać te bluesowe rytmy, pijaków zasmucisz. Chet Baker nadymał się z płytowej okładki. Z całych sił dmuchał w trąbkę. Tak by się produkował przy gramofonie dalej, gdyby Zenek nie podszedł i nie ściągnął igły z płyty.
Lubił ich widzieć szczęśliwych. Jak podrygiwali nóżką, aż do rozpadu podeszwy. Jak kiwali głowami. Odkąd nadobył się władzy w Rejwachu, zadowolenie klientów zależało właściwie od niego. Młody chłopak wtedy był. W kwiecie chmielnym wieku.
Tylko lokal nadal źle na niego łypał. On się starał z szacunkiem. Za ciężko nie stąpać, coby deski nie skrzypiały. Portrety nie wiedziały, kim on był. No intruz. Jak przejechał kiedyś palcem po obrośniętej kurzem ramie, to się taki rwetes zrobił, że aż poleciał na górę. Do swojego pokoju. To nie na jego nerwy, te ramy. Płyty na niego nie krzyczały.
No i sny. Sny pijaków. To była kryjówka nośniejsza niż pokój.
Zenek zasiadł na podwyższeniu, na tej samej scenie, co zwykle. "Co zwykle" oznaczało w tym przypadku kilka tygodni. A może kilka dni? A skąd miał to wiedzieć. Kupić kalendarz.
Składał się nad instrumentem, ten chłopak długiej postury. Nosił dżinsy. Na sobie miał też koszulę w szkocką kratę. Z ciepłej wełny, mocno ściuchaną. Zenek nadal wyczekiwał pierwszej wypłaty. Nosił to, co zabrał z sobą z domu.
Melodie również przywiózł. Na początek grał coś prostego i domowego. Wlazł kotek na płotek i mruga. Ładna to piosenka, niedługa. Jedną flaszkę. Drugą flaszkę. Pijacy łykali to jak cukierki. Długie palce przebierały. Barmanka się krzątała. Nie długa, nie krótka, a w sam raz. A ty mi, koteczku, buzi dasz. Skąd niby Woody miał kasę na barmankę?
Podmuchy wiatru wyrywały lokal z piwnej stagnacji. Gdy drzwi się uchylały, wchodził ktoś nowy. Ta prosta logika skłaniała Zenka, by swoją głowę unosił znad keyboardu. Znowu ta rozgadana babka. Wracał do grania. Znowu ten, co zawsze śpi. Wracał. Rude na głowie? Nowe, nieznane. Zenek grał dalej.
Po rozgrzewce lubił zapodać coś własnego. Tak było i tamtym razem. Metka na karku drapała go, więc podrapał się. Drasnął skórę rozgrzanymi palcami. Opuszki go bolały, ale i paliły. Odłożył je na klawisze. A potem nacisnął.
Coś ognistego jak podmuchy wiatru. W drugą stronę. Oddechy pijaków, ciężkie od alkoholu. Drażniły jego nos.
Sala była już rozgrzana. Mogli to przyjąć.
Sala odpowiadała, a w stronę Zenka — ruch. Rude znalazło się w polu widzenia. Na wysokości klawiszy. Nie przestawał grać. Rude się poruszyło. Paluch poszybował w górę i wylądował… Na czarnym metalu obudowy niewątpliwie formował się właśnie odcisk palca. A może na drewnie, tak obok trochę. Zenek nie widział. Kończył ustęp na keyboardzie. Dopiero wtedy się na człowieka spojrzał.
Oddechy pijaków wokół krążyły ciężko. Uciął utwór. Oddechy opadły. Co to jest, to takie coś? Głos nie należał do Zenka. Chłopak uśmiechał się przyjaźnie. Zenek podrapał się w grzywkę.
— No, tak. — zignorował pierwsze pytanie. Zamrugał dwa razy. Serce zabiło szybko, póki obcy palec był na obudowie. — Ta mugolska energia to ja. Zenek Kozioł jestem, zameldowany. Jestem nowym muzykiem w Rejwachu.
Zenek nie był pewny, czy w Rejwachu wcześniej byli muzycy. Może byli już martwi. Ten, Banjo? Enjo? -rlas, w każdym razie, niezłe ziółko z niego było, ale Zenek nie miał pewności, czy jego rzępolenie nazwałby muzyką. Właściwie, to nie. Nie nazwałby. Zatem był tylko on.
Chłopak odsunął się, a Zenek wypuścił z siebie powietrze. Bez alkoholu. Urządzenie nadal pstrykało iskrami, nienasycone po urwanej piosence. To wina tej magii w miejscu prądu. Zenek nadal tego nie opanował. Jak się rudy zbliżał zbyt mocno, to go mogło prądem kopnąć. Paluch był nadal zagrożony.
— Cacko, ja to tak nazywam. Muzykę z tego gram. — zmierzył spojrzeniem uśmiech. Po czym się wyprostował i odsunął od własnej armatury. Stołek przejechał po drewnianej scenie, zgrzyyyyt.
Pociągnął nosem. Alkoholu nie było tu brak. To się typek nieźle wstawił. Mina Zenka nadal była gdzieś w czwartej gęstości.
— Fajnie było?
Łapacz marzeń; Zenek wskakuje wzrokiem do oczu Billiusa, a trzecie oko sprawdza, czy podobał mu się utwór
Rzut PO 1d100 - 10
Akcja nieudana
Akcja nieudana
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.