Czuł się trochę jakby był w wesołym miasteczku i ktoś go wepchnął do gabinetu luster. Coś było z jego odbiciem nie tak; wzrost, waga, kolor oczu, ułożenie włosów. Delikatny, nieuchwytny detal, ale przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nic takiego nie miało miejsca. Jego ciało było dokładnie takie, jakie być powinno, ale oglądanie siebie samego było zwyczajnie dziwne. Zerkał na siebie-Brennę co jakiś czas, spojrzeniem niezwykle uważnym. Raz nawet próbował podejrzeć jej aurę, ale nic to nie zmieniło bo była dokładnie taka sama jak zawsze. Znaczy jak jej, mieniąca się czerwienią, ale trochę w inny sposób niż jego własna.
— Pewnie tak. Ale powiem to potem Victorii, tak dla porządku — rzucił, chociaż Lestrange pewnie też się przesadnie nie zdziwi. — Poltergeisty można potraktować tak samo jak duchy? — zainteresował się, chociaż było w jego głosie nieco zwątpienia. Wydawało mu się, że to było mimo wszystko co innego, ale miał ten komfort, że się zwyczajnie nie znał. — Może w ogóle powinniśmy go zatrudnić do sprawy zimnych, a nuż się przyda, biorąc pod uwagę jakie podmianki robi — westchnął ciężko i aż mu dziwnie było, bo nawet nie ciągnęło go, żeby wyciągnąć paczkę papierosów i zapalić. Głód tkwił gdzie indziej niż samej głowie.
Wymianę różdżek mieli za sobą, schowali je sobie i wreszcie stanęli przed wejściem do sklepu. Drzwi skrzypnęły, znaleźli się w środku i w sumie… sklep jak sklep, jak to stwierdził Atreus. Wyglądał do bólu wręcz normalnie. Kiedy jednak ruszył do jednej z półek, że niby tak dla niepoznaki, przyjrzał się nieco uważniej dziewczynie, która krzątała się w środku. Ładna, młoda i co ważniejsze, posiadała aurę, znaczy się czarodziejka. Przeczesał włosy palcami, chcąc ruszyć do boju i wtedy uświadomił sobie z przerażeniem, że to przecież nie są jego włosy, tylko Brenny. Był Brenną, a już zdążył o tym zapomnieć. Niemniej jednak odchrząknął, nie zamierzając się poddawać i ruszył do dziewczyny.
— Dzień dobry — uśmiechnął się do niej, mając nadzieję że ślicznie. — Jesteśmy w Cardiff z koleż..ką w poszukiwaniu nieco, wie pani… specjalnego towaru… obiło nam się o uszy, że to miejsce słynie wręcz z nietypowych składników i wachlarza możliwości — ściszył nieco głos, bo przecież kto wie, kto mógł słuchać. — Czy możemy tutaj… czy to dobre miejsce, żeby no wie pani, wydać trochę albo jakieś namiary może na dostawcę?