23.08.2026, 00:21 ✶
Zenek patrzył i patrzył, jak Septima się krztusi. Było coś arystokratycznego w sposobie, w jaki kolejne zalewy parzącego napoju przepływały pod jej grdyką w głębiny gardła. Goździki raniły ściany przełyku. Właśnie tak postrzegał, te, poshy girls? Największe niedogodności przyjmowały z cierpliwością mnicha. Mimo wszystko obdarzył wściekłym spojrzeniem i kubek. W końcu to on był winowajcą. Gdyby kubek lepiej przewodził ciepło, to by się i Septima teraz nie dławiła.
— A. No, goździków to ja też nie lubię. I cynamonu. I grzańca. — z trudem ukrywał zniesmaczone mlaśnięcia, jakby sam smakował napoju na języku. Chyba źródło tej niechęci tkwiło w formie. Najlepsze wino podawało się schłodzone. No tak, a nie? W Rejwachu w piwnicy takie beczki trzymali. Możliwe, że na bimber. No w każdym razie, kto wpadł na pomysł wino podgrzewać? I dodawać jeszcze do niego coś. Obrzydlistwo.
Poshy girls naprawdę lubiły się wykańczać.
Ściągnięta z drążka płyta leżała gdzieś obok. Natychmiast ich zalało. Przez krótką chwilę Rejwach buczał w pełnej swojej krasie. Zenek pracował. I faktycznie mógł próbować nadać tej kakofonii sens, ale tym się nie zajmował, kiedy dłonie miał zajęte. W tle mogli sobie buczeć. Włoski filcu uginały się pod szczotką. Płyty nie szczotkował. Gdy zetknęła się z nakładką, coś z letka przeskoczyło. Dziwne. Bo w Rejwachu nie było prądu.
Tak samo, jak nie zajmował się muzyką, gdy ją badał. Ulokował się wygodniej na podłodze. Co najbardziej lubił w Neu, to to, że pijacy na tym płynęli. Sączyła się z tuby i nadawała pulsu ich rozmowom. Jakby była ich naturalnym rytmem. Bywalców trzeba było pobudzać. Inaczej wszyscy by posnęli. Barmanka właśnie rzuciła garść kostek lodu do wysokiego kufla. Syrop poleciał po ściankach metalowego szejkera. Dolała czegoś, co spieniło się na dnie. Szejker zaczął się trząść między pięściami. Ciecz w środku buzowała.
Spoglądał na Septimę i czekał. Ona również poddawała się naturalnym sobie rytmom. Kolana złączone. Ręce złożone na kolanach. Stopy wbite w ziemię. Gdyby zakonserwować Septimę, w takiej pozie by została. Ludzie łapali by ją potem za nogi i rzucali zaklęcia.
Zadała mu pytanie. Poruszył się. Z tuby wydostawał się rytm jak ze stenotypu, klik klik klik.
— Mm… Nie wiem. Nie próbowałem. — wsparł dłonie o własne kolana. Septima zaczęła unosić się z mebla, więc obserwacja z podłogi przestawała mieć sens. Ale siedział.
Gdy się poruszała, to człowiek nagle przypominał sobie, że potrafi chodzić. Sukienka opadała ciężko na brązie speluny. Sama stawała się brązowa. Lokal jej nie szczędził. Okna zawsze pokrywała warstwa brudu. Gdy przyświecało słońce, brudne światło padało na brudne buzie. Teraz do środka wpadał księżyc. Białe sukienki to co, zjawa nosiła? Nogi też miała blade.
Wstał. Rozprostował nogi. Septima stanęła gdzieś obok, ze splecionymi dłońmi, coraz bardziej do konserwacji. Dźwięk się zrobił głośniejszy. Jak do niej podszedł. Chwilami jakby ktoś grał na szkle, wypadał taki piskliwy ton. Ale rytm wybijał się równo.
Jak oni to robili? Tancerze. Bywał na dyskotekach, tylko nie analizował ich tańca. Ruchy kończyn wypadały najlepiej, gdy były całkowicie naturalne. Rytm wybijał ruch.
Spróbował nogą. Tup, tup. Zatuptał. Jego stopa była naprzeciwko jej stopy. Jak dobrze, że jego kapcie miały twarde podeszwy. Ale tuptanie jeszcze o niczym nie świadczyło, więc przekręcił kolano. Tup. I do przodu, i do tyłu. Okazywało się, że rytm sam buzował pod skórą i unosił się na rozmowach pijaczych. Ruchy nogą nie stanowiły zatem problemu. I do prawej, i do lewej. Człowiek miał też biodra, ale wolał o tym nie myśleć. Septima miała małe nogi.
Uniósł twarz z własnych stóp na włosy Septimy. Nogi nie powstrzymywał.
— No więc chyba się da. — tupał dalej. Ręce trzymał w powietrzu, ni to zwisające wzdłuż ciała, ni to chwytające się czegokolwiek konkretnego. Perkusja wyznaczała dalszy rytm tej rozmowy. — Gdybyś chciała to jakkolwiek nazywać, to chyba kosmiczny rock. Tak jest po niemiecku. — był niebezpiecznie blisko włączenia bioder w konwersację. — Żeby płyta się nie pokurzyła. Powietrze w Rejwachu jest skażone. Jakiś pijak przejdzie, to i kurz się podrywa. Wiesz z czego jest kurz? Z ludzkiej skóry.
Rytm jechał dalej. Perkusja: bam! Nabierał na sile, w zapętleniu, co było niedorzeczne, bo jak coś będącego w zapętleniu mogło nabierać na sile?
Ktoś tam coś zagaił w tle ale ciężko było się wsłuchać, gdy głowa mu się kiwała. Skup się, Zenku. Policzki Septimy były różowe. Nadchodził moment decyzji, co zrobić z rękami, więc zaczepił dłoń o jej rękaw.
— A. No, goździków to ja też nie lubię. I cynamonu. I grzańca. — z trudem ukrywał zniesmaczone mlaśnięcia, jakby sam smakował napoju na języku. Chyba źródło tej niechęci tkwiło w formie. Najlepsze wino podawało się schłodzone. No tak, a nie? W Rejwachu w piwnicy takie beczki trzymali. Możliwe, że na bimber. No w każdym razie, kto wpadł na pomysł wino podgrzewać? I dodawać jeszcze do niego coś. Obrzydlistwo.
Poshy girls naprawdę lubiły się wykańczać.
Ściągnięta z drążka płyta leżała gdzieś obok. Natychmiast ich zalało. Przez krótką chwilę Rejwach buczał w pełnej swojej krasie. Zenek pracował. I faktycznie mógł próbować nadać tej kakofonii sens, ale tym się nie zajmował, kiedy dłonie miał zajęte. W tle mogli sobie buczeć. Włoski filcu uginały się pod szczotką. Płyty nie szczotkował. Gdy zetknęła się z nakładką, coś z letka przeskoczyło. Dziwne. Bo w Rejwachu nie było prądu.
Tak samo, jak nie zajmował się muzyką, gdy ją badał. Ulokował się wygodniej na podłodze. Co najbardziej lubił w Neu, to to, że pijacy na tym płynęli. Sączyła się z tuby i nadawała pulsu ich rozmowom. Jakby była ich naturalnym rytmem. Bywalców trzeba było pobudzać. Inaczej wszyscy by posnęli. Barmanka właśnie rzuciła garść kostek lodu do wysokiego kufla. Syrop poleciał po ściankach metalowego szejkera. Dolała czegoś, co spieniło się na dnie. Szejker zaczął się trząść między pięściami. Ciecz w środku buzowała.
Spoglądał na Septimę i czekał. Ona również poddawała się naturalnym sobie rytmom. Kolana złączone. Ręce złożone na kolanach. Stopy wbite w ziemię. Gdyby zakonserwować Septimę, w takiej pozie by została. Ludzie łapali by ją potem za nogi i rzucali zaklęcia.
Zadała mu pytanie. Poruszył się. Z tuby wydostawał się rytm jak ze stenotypu, klik klik klik.
— Mm… Nie wiem. Nie próbowałem. — wsparł dłonie o własne kolana. Septima zaczęła unosić się z mebla, więc obserwacja z podłogi przestawała mieć sens. Ale siedział.
Gdy się poruszała, to człowiek nagle przypominał sobie, że potrafi chodzić. Sukienka opadała ciężko na brązie speluny. Sama stawała się brązowa. Lokal jej nie szczędził. Okna zawsze pokrywała warstwa brudu. Gdy przyświecało słońce, brudne światło padało na brudne buzie. Teraz do środka wpadał księżyc. Białe sukienki to co, zjawa nosiła? Nogi też miała blade.
Wstał. Rozprostował nogi. Septima stanęła gdzieś obok, ze splecionymi dłońmi, coraz bardziej do konserwacji. Dźwięk się zrobił głośniejszy. Jak do niej podszedł. Chwilami jakby ktoś grał na szkle, wypadał taki piskliwy ton. Ale rytm wybijał się równo.
Jak oni to robili? Tancerze. Bywał na dyskotekach, tylko nie analizował ich tańca. Ruchy kończyn wypadały najlepiej, gdy były całkowicie naturalne. Rytm wybijał ruch.
Spróbował nogą. Tup, tup. Zatuptał. Jego stopa była naprzeciwko jej stopy. Jak dobrze, że jego kapcie miały twarde podeszwy. Ale tuptanie jeszcze o niczym nie świadczyło, więc przekręcił kolano. Tup. I do przodu, i do tyłu. Okazywało się, że rytm sam buzował pod skórą i unosił się na rozmowach pijaczych. Ruchy nogą nie stanowiły zatem problemu. I do prawej, i do lewej. Człowiek miał też biodra, ale wolał o tym nie myśleć. Septima miała małe nogi.
Uniósł twarz z własnych stóp na włosy Septimy. Nogi nie powstrzymywał.
— No więc chyba się da. — tupał dalej. Ręce trzymał w powietrzu, ni to zwisające wzdłuż ciała, ni to chwytające się czegokolwiek konkretnego. Perkusja wyznaczała dalszy rytm tej rozmowy. — Gdybyś chciała to jakkolwiek nazywać, to chyba kosmiczny rock. Tak jest po niemiecku. — był niebezpiecznie blisko włączenia bioder w konwersację. — Żeby płyta się nie pokurzyła. Powietrze w Rejwachu jest skażone. Jakiś pijak przejdzie, to i kurz się podrywa. Wiesz z czego jest kurz? Z ludzkiej skóry.
Rytm jechał dalej. Perkusja: bam! Nabierał na sile, w zapętleniu, co było niedorzeczne, bo jak coś będącego w zapętleniu mogło nabierać na sile?
Ktoś tam coś zagaił w tle ale ciężko było się wsłuchać, gdy głowa mu się kiwała. Skup się, Zenku. Policzki Septimy były różowe. Nadchodził moment decyzji, co zrobić z rękami, więc zaczepił dłoń o jej rękaw.
Sen jest bratem śmierci.