23.08.2026, 18:11 ✶
Czasem miał dosyć magii. Chciał tylko wrócić do domu, zwykłego, niemagicznego domu, gdzie aby coś ugotować, nie używa się zaklęć, a listy nie są przynoszone sową, a przez zwyczajnego listonosza. Czasami chciał po prostu się odciąć i tego dnia czuł się wyjątkowo… mało magiczny. Zresztą, czuł się tak już od wczoraj, dziś jedynie dostał potwierdzenie, że nie nadaje się do małżeństw, związków, ba, czuł się tak, jakby nie nadawał się do niczego. I choć zwykle w alkohol nie uciekał, uważał to za unikanie problemów, którym każdy powinien stawiać czoła, tego dnia nie potrafił sobie poradzić z własnymi myślami.
Dlatego też uciekł. Z pomiętym listem o decyzji żony w kieszeni, z portfelem wypchanym funtami i pensami, ze zdjęciem dzieciaków wetkniętym do osobnej kieszonki w tymże portfelu. Uciekł prosto do jednego z mugolskich pubów, które odwiedzał kilka razy w swoim życiu, jeszcze na studiach. Po wejściu, nie zwracając zbytniej uwagi na innych ludzi, podszedł do lady i usiadł na hokerze. Nie upominał się o uwagę, cierpliwie czekał i myślał. Myślał przede wszystkim o tym, że jego życie zawaliło się po jednej kłótni i po kilku zbyt ostro wypowiedzianych słowach. Nawet nie zauważył, że do lady podeszła młoda barmanka lub kelnerka, którą miał wrażenie, że już kiedyś widział. Próbował sobie przypomnieć, skąd ją kojarzył, ale to wciąż Cissy i dzieciaki zaprzątały mu głowę.
Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu to raczej dość… Koślawo, powiedzmy. Wysłuchał jej do końca, nie chcąc przerywać i chwilkę się zastanowił.
– W takim razie poproszę whisky sour – odparł, uśmiechając się odrobinę szerzej, choć wciąż nie był to uśmiech naturalny i szczery. Był za bardzo przybity, aby udawać, że nic się nie stało. Miał tylko nadzieję, że alkohol nie rozwiąże mu języka za bardzo, bo to mogłaby być katastrofa, która skończyłaby się złamaniem Międzynarodowego Kodeksu Tajności Czarodziejów, który mógłby cytować nawet przez sen. – Jest mocne? Przepraszam za głupie pytanie, zwykle jak piję alkohol to jest to słabe wino lub piwo – dodał dla wyjaśnienia, choć tak naprawdę wcale nie musiał. No ale Adrian uznawał, że musi się wytłumaczyć. Z jakiegoś powodu zawsze to robił.
Dlatego też uciekł. Z pomiętym listem o decyzji żony w kieszeni, z portfelem wypchanym funtami i pensami, ze zdjęciem dzieciaków wetkniętym do osobnej kieszonki w tymże portfelu. Uciekł prosto do jednego z mugolskich pubów, które odwiedzał kilka razy w swoim życiu, jeszcze na studiach. Po wejściu, nie zwracając zbytniej uwagi na innych ludzi, podszedł do lady i usiadł na hokerze. Nie upominał się o uwagę, cierpliwie czekał i myślał. Myślał przede wszystkim o tym, że jego życie zawaliło się po jednej kłótni i po kilku zbyt ostro wypowiedzianych słowach. Nawet nie zauważył, że do lady podeszła młoda barmanka lub kelnerka, którą miał wrażenie, że już kiedyś widział. Próbował sobie przypomnieć, skąd ją kojarzył, ale to wciąż Cissy i dzieciaki zaprzątały mu głowę.
Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło mu to raczej dość… Koślawo, powiedzmy. Wysłuchał jej do końca, nie chcąc przerywać i chwilkę się zastanowił.
– W takim razie poproszę whisky sour – odparł, uśmiechając się odrobinę szerzej, choć wciąż nie był to uśmiech naturalny i szczery. Był za bardzo przybity, aby udawać, że nic się nie stało. Miał tylko nadzieję, że alkohol nie rozwiąże mu języka za bardzo, bo to mogłaby być katastrofa, która skończyłaby się złamaniem Międzynarodowego Kodeksu Tajności Czarodziejów, który mógłby cytować nawet przez sen. – Jest mocne? Przepraszam za głupie pytanie, zwykle jak piję alkohol to jest to słabe wino lub piwo – dodał dla wyjaśnienia, choć tak naprawdę wcale nie musiał. No ale Adrian uznawał, że musi się wytłumaczyć. Z jakiegoś powodu zawsze to robił.