23.08.2026, 19:38 ✶
Nie do końca to kontrolował. Czasem wzrok zawieszał się na widocznej postaci. Głowa odpływała, a on wchodził głębiej. Zwykle był wtedy skupiony na muzyce. Wzrok sam wędrował wtedy ku gałkom ocznym. Oczy Weasleya były otwarte. Czasami uzyskiwał po tym odpowiedzi na pytania. Nie wiedział, jak, po prostu wiedział. Mrugnął. Gdzieś zamajaczyło mu coś rudego… I nic. Nic nie zobaczył. Potrząsnął głową, by znowu znaleźć się tam, gdzie siedział, i zobaczyć to, co miał przed sobą.
Przed sobą miał rudego typka uśmiechającego się do niego znad syntezatora.
Przełknął ślinę. Usłyszał, że Billiusowi się podobało. Co ulga. Uniósł kąciki ust w górę, na ile mógł. Pijacy wokół zajmowali się sobą i łojeniem. Barmanka także cośtam rozlewała. Ratunek nie nadchodził zatem z żadnej strony. A Billius kontynuował. Roztaczając wokół siebie subtelną woń l'eau de bière, wtajemniczył Zenka w historię starego, który był fanatykiem mugolactwa. Zenek intensywnie mrugał, chociaż problemów ze wzrokiem nie miał.
— Twój stary trzyma żarówki? — rzucił pytanie, póki Billius zajmował się łojeniem. Miał czas długości około jednego łyka, żeby się wtrącić. — Po co mu żarówki? — sucho miał w ustach. I w gardle. Słowa źle wychodziły. Oko też go bolało, to trzecie. Tymczasem głos Billiusa stawał się doświadczeniem totalnym. Zerknął pod syntezator, na Billa nogi. Nie tuptał.
A kolejne pytanie, no to już Zenka totalnie wytrąciło z równowagi. Bo czy on wiedział, czy ich ludzie rzeczywiście omijali? Na sety Zenka przychodziła raczej pełna widownia. Taka, że co trzeci stolik był zajęty przez co najmniej jednego typa. Dla niego to pełna. Podobno nawet bywalców miewali. Tak Zenek słyszał.
— A, bo znajomy polecił. Nie miałem gdzie mieszkać. — nie wiedział do końca, co dodać więcej. Suszyło go. Wstał ze stołka i wyciągnął już ze spodni różdżkę, żeby się za syntezator zabrał. Instrument nadal skrzył energią, gotowy do wystrzału, chociaż już się zdążył nieco uspokoić. Pojedyncze klawisze nadal waliły po oczach iskrami. Już miał Zenek zabierać się za urządzenie. Znalazł dziurkę z boku obudowy. Już prawie tam wkładał różdżkę i zaczynał kręcić, żeby toto wyłączyć. Ale spojrzał na Billa. Zatrzymał nadgarstek w połowie kręcenia. Wysunął delikatnie badyl z portu, i powoli wyciągnął go w jego stronę. Rękojeść różdżki ściskał w połowie, jakby chciał mu ją… podać.
— A ty? Czemu rękaw? — odczekał sekundę. — Znaczy Rejwach. Możesz pokręcić.
Przed sobą miał rudego typka uśmiechającego się do niego znad syntezatora.
Przełknął ślinę. Usłyszał, że Billiusowi się podobało. Co ulga. Uniósł kąciki ust w górę, na ile mógł. Pijacy wokół zajmowali się sobą i łojeniem. Barmanka także cośtam rozlewała. Ratunek nie nadchodził zatem z żadnej strony. A Billius kontynuował. Roztaczając wokół siebie subtelną woń l'eau de bière, wtajemniczył Zenka w historię starego, który był fanatykiem mugolactwa. Zenek intensywnie mrugał, chociaż problemów ze wzrokiem nie miał.
— Twój stary trzyma żarówki? — rzucił pytanie, póki Billius zajmował się łojeniem. Miał czas długości około jednego łyka, żeby się wtrącić. — Po co mu żarówki? — sucho miał w ustach. I w gardle. Słowa źle wychodziły. Oko też go bolało, to trzecie. Tymczasem głos Billiusa stawał się doświadczeniem totalnym. Zerknął pod syntezator, na Billa nogi. Nie tuptał.
A kolejne pytanie, no to już Zenka totalnie wytrąciło z równowagi. Bo czy on wiedział, czy ich ludzie rzeczywiście omijali? Na sety Zenka przychodziła raczej pełna widownia. Taka, że co trzeci stolik był zajęty przez co najmniej jednego typa. Dla niego to pełna. Podobno nawet bywalców miewali. Tak Zenek słyszał.
— A, bo znajomy polecił. Nie miałem gdzie mieszkać. — nie wiedział do końca, co dodać więcej. Suszyło go. Wstał ze stołka i wyciągnął już ze spodni różdżkę, żeby się za syntezator zabrał. Instrument nadal skrzył energią, gotowy do wystrzału, chociaż już się zdążył nieco uspokoić. Pojedyncze klawisze nadal waliły po oczach iskrami. Już miał Zenek zabierać się za urządzenie. Znalazł dziurkę z boku obudowy. Już prawie tam wkładał różdżkę i zaczynał kręcić, żeby toto wyłączyć. Ale spojrzał na Billa. Zatrzymał nadgarstek w połowie kręcenia. Wysunął delikatnie badyl z portu, i powoli wyciągnął go w jego stronę. Rękojeść różdżki ściskał w połowie, jakby chciał mu ją… podać.
— A ty? Czemu rękaw? — odczekał sekundę. — Znaczy Rejwach. Możesz pokręcić.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.