Atreus żałował, że nie był w stanie znaleźć się tego roku na Lithcie. Już pal licho ten cholerny statek, na który wysłali ich akurat tego dnia, ale to co stało się na samym sabacie, zasługiwało na uwagę samo w sobie. Relacje świadków były niejasne, ale dało się wyłuskać z nich to, że miał tam miejsce zwyczajny kataklizm. Rozdarto zasłonę, wypuszczono niespokojne duchy, a dodatkowo trójbigini miała rozmówić się z niektórymi świadkami, prosząc o pomoc. Sprzątanie tego bałaganu było wyzwanie samym w sobie, ale bycie tam?
— Też dobre — pokiwał głową, bo niewiele miał ale do dodania w sprawie opracowanego planu. Podejście i wypytywanie wprost nie było w żadnym wypadku drogą do celu, przynajmniej tyle wiedział. O wiele lepiej było wybadać i znaleźć jakieś słabe ogniwo. Może też znajdzie się jakaś kapłanka, która pogadałaby z nimi dla samego faktu, że byli zimnymi. — Prawie zamordowała jedną z kapłanek — powiedział bardzo, ale to bardzo cicho, przypominając jej ten drobny detal. — Ale uznano ją za niepoczytalną. Siedzi więc w Lecznicy, ale cały czas pod drzwiami siedzą brygadziści. Bones napisał mi, że nie jest lekarzem, a takie są zalecenia Lovegooda, ale błagam cię… — wywrócił oczami. — Na jej miejscu też wolałbym siedzieć tam jak w areszcie — rzucił na końcu, znaczącym tonem. Kiedy rozmawiał z Isobell, wydawała mu się całkiem poczytalna. No i może trochę ją podniosło, jasne, ale Atreus nie mógł zapomnieć o drobnym fakcie, jakim była jej pomoc w przywróceniu go do żywych, może dlatego był w stanie przymykać na niektóre rzeczy oko. Cóż, sprawiedliwość czasem bywała płynna w jego przypadku. — Hm? A, no… okej… — mruknął, wyraźnie przez moment skonsternowany jej słowami, ale nie było co teraz tego roztrząsać.
Ruszyli w stronę ołtarza, gdzie wierni mogli wznosić modły, zapalić kadzidło albo świeczuszkę. Ruch był umiarkowany, chociaż Atreusowi ciężko było określić, czy na tę porę dnia było tutaj sporo ludzi, a może wręcz przeciwnie. Zbliżył się do drewnianego pojemniczka z kadzidełkami i wyciągnął jeden z nich, odpalając od jednej z już palących się świec. Cholera, równie dobrze mógł się pomodlić. Matko, niech te skurwysyńce nie zbiorą się jakoś porządnie na Samhain. Niech to będzie grupa kompletnych amatorów, żeby ich łatwo było zapuszkować i nie robili za dużo problemów. Dym z kadzidła powoli snuł się ku górze, kiedy wsunął je na miejsce, tak by mogło się w spokoju dopalić i zanieść modlitwy bogini. A potem Bulstrode rozejrzał się dyskretnie dookoła, próbując podejrzeć aury zebranych i wyłapać, czy ktoś się na nich patrzył i targały nim silne emocje.
Sukces!