Z boku obserwowała, jak sytuacja eskaluje; jak dziadkowie posyłają w swoją stronę bzdurne obelgi, jak jeden z nich wychwala Malfoya i gada coś o Jenkins i byciu szlamą. Jak jeden z nich popycha drugiego i ten popchnięty traci swe okulary, i jak te metalowe oprawki, co zostały strącone z długiego, zakrzywionego nochala, lecą na błotnisty bruk i w tym samym momencie, jeden z nich wpada na przypadkową kobietę, o nieobecnym spojrzeniu i włosach barwy słomianej.
Cudownie, to było cudowne; brakowało jedynie aurorów, którzy rozgonią to całe towarzystwo w dwie inne strony. I, i krzyków oburzonej kobiety, co to ten dziadek na nią wpadł. Może również odepchnięcia mężczyzny gdzieś w bok i słów pogardy, skierowanych również w jego stronę?
Edith, nie uświadczyła jednak krzyków, nie uświadczyła przerażenia, ani szoku, nie uświadczyła gorzkich, niemiłych słów, wyjaśniających agresywnych staruszków, przepychających się w środku dnia na ulicach magicznego Londynu. Był jedynie spokój i ten spokój, jak się Rookwood wydawało był zupełnie szczery. Dziwne, bardzo dziwne, bo przywykła do fałszu i odgórnej niechęci właśnie i z tych uczuć głównie była ulepiona. Ona sama za takie zachowanie, by ich zrównała przecież z ziemią.
W ciszy zasłuchiwała się kolejnym słowom, coś o bóstwach i o tym, jak ministerstwo jest prowadzone przez czarodziejów wybranych przez innych czarodziejów, niepobłogosławionych przez wyższe siły. Czy się zgadzała? Pragmatyzm podpowiadał, że to tylko zlepek bzdur, a bogowie już dawno o nich wszystkich zapomnieli albo po prostu znudziło ich pomaganie, postanowili siać jedynie chaos i zasadzać kolejne ziarna niezgody. Może dlatego Ci dziadkowie tak intensywnie się teraz kłócili, może dlatego posunęli się do tej najmniej wyrafinowanej, bo zupełnie fizycznej i najprostszej przemocy? Z drugiej strony, chłonęła każde kolejne słowo czarownicy z zaciekawieniem i może nawet trochę zazdrościła jej tego oddania? Może właśnie za tym tak bardzo goniła i tego Edith ciągle brakowało? Bo nigdy nie padła na ziemię przed ołtarzem, ani nie oddała modlitwie, tak po prostu, z własnej, nieprzymuszonej woli.
Z myśli wyrwał Edith głos jednego z dziadków. Najpierw odpowiedziała mu zaciekawionym spojrzeniem, trochę jakby nie wiedziała co mówi i czy do niej mówi. Rozejrzała się na boki, udając, że szuka spojrzeniem kogoś do kogo są kierowane te słowa. W końcu westchnęła. Ciężko. Jakby właśnie spoczął na jej barkach najcięższy z ciężarów, jakby niosła na plecach kamień lub miała go pchać przed siebie, jak jakiś Syzyf co najmniej i zrobiła kilka kilka kroków w ich stronę, tak by zrównać się z nieznajomą czarownicą.
— Witam, dzień dobry — uśmiechnęła się niewinnie, bo przecież niewiniątkiem była, prawda? — Wybaczą Panowie, ale nie sposób jest Panów nie słyszeć, kiedy Panów krzyki niosą się aż do Little Hangleton, więc właściwie to nikogo nie podsłuchiwałam. — odparła spokojnie, bez wstydu, chociaż ten czarodziej próbował w Edith wywołać. Na jego nieszczęście to było praktycznie niemożliwe, no może, czasem komentarze ojca dziewczyny, potrafiły wzbudzić w niej coś więcej niż obojętność lub wesołość. Obecnie? Czuła jedynie to drugie.
— Po prostu, nie potrafię zrozumieć dlaczego Panowie tak zawzięcie dywagują na temat obecnej władzy. — zrobiła dramatyczną pauzę, rozglądając się po twarzach obecnej trójki, na chwilę zatrzymując swój wzrok na uśmiechającej się do niej szeroko czarownicy. Poczuła się jeszcze dziwniej, bo rzadko kiedy obdarzana była właśnie takim uśmiechem. W świadomych jej pochodzenia wzbudzała raczej obojętność, w tych co mieli do czynienia z jej ojcem, czystą niechęć. — No i zawsze wydawało mi się, że to nieładnie tak się przepychać i to jeszcze w biały dzień. Co by było, gdyby Pan wpadł na dziecko? Albo ciężarną? — wplątała w ton swego głosu nutę fałszywego zmartwienia, jakby naprawdę zależało jej na losie obcych, a nie swojej własnej uciesze, płynącej z faktu obecnej sytuacji.
— Co do Jenkins, to że nie jest szlamą to fakt i to fakt niepodważalny — skierowała swój wzrok w stronę tego dziadka, co to wychwalał kilka minut wcześniej ministra panującego im przed Leachem. — A Malfoy i może dobrym ministrem był, ale był też kimś kogo zgubiła własna pycha. Przypominam, że przegrał w przedwczesnych wyborach i to z mugolakiem, Leachem. Czy dalej będzie Pan go stawiał, jako wzór dla każdego kolejnego ministra? — mruknęła, wzruszając ramionami. Jakoś tak niezbyt przepadała za Malfoyami i nie potrafiła wyzbyć się tej niechęci nawet teraz, gdy też powinna go dumnie wychwalać.
Niby chciał dla nich dobrze, dla czystokrwistych w sensie, ale swój osąd opierała przede wszystkim na słowach własnego ojca, bo gdy Malfoy był ministrem była dzieckiem i to bardzo małym. A on nigdy się o mężczyźnie pochlebnie nie wypowiadał, więc i Edit weszło to w nawyk.
— Skoro Panowie są tak zdegustowani obecna władzą, to może Panowie sami zajmą się tym co się dzieje w ministerstwie, zamiast robić burdy. Wigoru Wam, jak widać nie braknie. — dała im się pokotłować wewnętrznie, przetrawić wszystkie wypowiedziane wcześniej słowa.
Właściwie to już niezbyt interesowali ją Ci podstarzali panowie, a bardziej czarownica, co to stała z nią w ramię, w ramię. Obróciła swą sylwetkę w jej stronę, tak że do dziadków była teraz skierowana bokiem i przeleciała po jej sylwetce wzrokiem, od góry do dołu. — Wszystko w porządku? Oczywiście, żaden z nich nie spytał czy może nie stała się Pani krzywda. — prychnęła i skrzyżowała ręce na wysokości piersi. — Typowi mężczyźni. Nie widzą nic poza czubkiem własnej różdżki.
torment me. IN DETAIL.