Zaklęcie nie wyszło. W ten sposób można by pewnie zakończyć całą przygodę, jaką przeżyła w domostwie rzeźbiarza. Magia związała się źle, niepoprawnie, a może chodziło o dławiący dym, który skrobał w gardle i powodował kaszel. A może to nie było, tylko oczy zachodzące łzami, również od tych samych kłębów. Pytań było wiele, wszystkie przeleciały przez głowę panny Greyback, ale prawda była taka, że żadne nie miało w tym momencie znaczenia. Na żadne też, nie była w stanie znaleźć w tym momencie odpowiedzi.
Wiązka magii przeskoczyła, trafiając obok rzeźby i naruszając osłabioną płomieniami, drewnianą konstrukcję. Asena zdążyła jęknąć, czując jak dziwne mrowienie przeskoczyło po palcach i dalej sięgając przedramienia. Uczucie było dziwne i obce, ale nie ono było najgorsze. Nie, najgorsze było to, że deski poddały się z nagłym trzaskiem, a grawitacja zadziałała złośliwie, ciągnąc je w dół. Płomienie buchnęły w towarzystwie iskier, zmuszając ją do przysłonięcia twarzy i zamknięcia na moment oczu. Ciekawe, czy zostaną jej potem brwi, albo płomyki nie przeskoczą po włosach, nadpalając je nieprzyjemnie. Potem natomiast poczuła uderzenie. Coś definitywnie się zawaliło, tracąc wcześniejsze podparcie i runęło na nią, zwalając z nóg. Jęknęła znowu, czując jak ciężar wyciska jej dech z płuc, a gama kolejnych dźwięków brzęczała w uszach nieznośnie. Coś pękało, coś tłukło się, coś skrzypiało złowrogo - nawet kiedy otworzyła oczy, dopatrzyć się czegokolwiek konkretnego pośród jasności ognia i gęstego dymu, było rzeczą niemal niemożliwą. Musiała więc wydostać się spod przygniatających ją desek. A może to była szafa? Nie ważne, powtórzyła sobie w głowie, próbując odepchnąć mebel, ale czuła że coś w jej środku już nie trzymało się tak dobrze jak powinno. Ból rozrywał klatkę piersiową i pełzał po lewej stronie biodra i nogi. Nie podniosła się nawet porządnie, bo nie była w stanie, zamiast tego ni to się czołgając, ni to kuśtykając, ruszyła do wyjścia. Wcześniejsza kakofonia dźwięków tylko zyskała na głośności, bo coś znów poddało się całkowicie i zawaliło. Szła przy ścianie i nawet się o nią nieuważnie oparła, by zaraz tego pożałować, kiedy temperatura odcisnęła swój znak, parząc dotkliwie.
A wreszcie była ulica. Zasypana popiołem, ale ulica. Nie paliło się bezpośrednio na niej, jaka ulga. Jeszcze parę kroków, tylko ciutka i nie będzie musiała się przejmować, że zostanie pogrzebana żywcem w płomieniach. Ale wtedy w kamienicy zakotłowało się ostatecznie; pożoga wzięła jakby kolejny oddech i ostatnie okna które jeszcze się trzymały, poddały się ostatecznie. Odłamki szkła posypały się na ulicę. Na nią, raniąc dotkliwie i haratając ciało.
Już więcej nie wiedziała co się dzieje. Zrobiło się ciemno.
Blood is rare and sweet as cherry wine