02.09.2026, 09:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.09.2026, 09:31 przez Millie Moody.)
Parsknęła pogardliwie na to rozpaczliwie żałosne panoszenie się w jej przestrzeni. Im mniej miał władzy tym bardziej musiał o niej napierdalać, tym bardziej stroszyć się i odgrażać ojcowskim pasem. Żałosne. Co mógł jej zrobić za niesłuchanie? Co mógł jej jeszcze odebrać, jak bardzo upodlić, jak bardzo mógł naruszyć kogoś, kto dawno zatracił siebie?
Był lipiec rok 69. To był zły rok dla Moody, to był rok największej możliwej zdrady ze strony jej brata i osoby, którą uważała za przyjaciółkę. Bones… aż dziw, że to nazwisko tak łatwo przechodziło jej przez gardło, ale widocznie znieczuliła je z odpowiednią mocą. Kac jeszcze nie przyszedł, choć pukał do jej drzwi. Wczoraj był termin zdawania podań na kursy aurorskie. A może przedwczoraj? A może tydzień temu? Za dwa dni rozpoczynały się kursy w Galerii Averych na zgoła odmienne zadanie. Zgoła odmienne życie.
I tak zawiedzie. I tak to porzuci. I tak tego nie do kończy. Jak zawsze na zawsze.
Rozlała się po śmierdzącej kanapie, choć jej własny odór przysłaniał wonie unoszące się w mieszkaniu. Odchyliła głowę pozwalając myślom płynąc, choć nie miały one zbyt wielkiej wartości, celu i sensu. Jak całe jej życie. Czuła się jak skorupa wypełniona gównem (nie było to zbyt odległe od rzeczywistości), skorupa szarpana siłą rozpędu od wydarzenia do wydarzenia, od patrolu do patrolu, od marzenia do koszmaru. Teraz w tym konkretnym momencie, kiedy skacowana leżała nie do końca ogarniając jaki jest dzień (może te warsztaty w galerii już się zaczęły, a ona znowu pojebała daty?), teraz było jej trochę łatwiej żyć. Trochę łatwiej nie myśleć o tym jak bardzo to jej życie było zjebane, jak bardzo zjebana była ona sama.
Nie wstała. Nie umyła twarzy. Nie ubrała się, w sumie nie ogarniając, że każe jej się przebrać, wychwytując z tych warknięć i szczeknięć to, że ją wyzywa od jebanych szmat. Nie miało to na tym etapie już żadnego znaczenia w tej gorzkiej ironii zwracania uwagi na dziecko, kiedy było już tak źle, że gorzej być nie mogło. To znaczy mogło… w sumie mogłaby zejść na Ścieżki i już stamtąd nie wracać. Czasem słyszała te opcje, zaproszenia, kuszące zerwanie wszelkich nici, ale przecież nie zrobiłaby tego Alastorowi. Nie zrobiłaby… nawet teraz, gdy ruchał się z Mavelle, gdy znalazł dziewczyną wspierającą go w klątwie, pracy i kurwa może jeszcze dupę mu podcierała. Ćmiący ból w głowie urwał te spirale, a Milles wypchnęła z siebie tylko:
– Nie mamy o czym. – Może się nie fatygować, może wypierdalać, może dać jej spokojnie zdechnąć zeszmaconej w rynsztoku. Cokolwiek chciał jej powiedzieć, słyszała już setki razy. Cokolwiek chciałby przemówić jej do rozsądku, ominie i tak szerokim łukiem. Nie miała rozsądku, nie miała poczucia obowiązku wobec niego, próżno było szukać szczątków szacunku. Ten skończył się, gdy mogła spędzić kilka dni u Longbottomów i odkryć, że dzieci nie powinny całymi dniami siedzieć zamknięte w kamienicy i czekać na wieczne nigdy kiedy tata wróci do domu. Odkryć, że dzieci nie powinny słuchać pijackich życiowych porad, a potem zakasywać w środku nocy rękawy, żeby posprzątać po smutnym tatusiu wszystko co z niego wyleciało, kiedy organizm nie dawał już rady. Odkryć, że dzieci nie powinny zasługiwać sobie na to by dostawać jakiekolwiek zabawki. By być zauważonym. By być kochanym.
Nie pamiętała, a już z pewnością nie byłaby w stanie przypomnieć sobie teraz, kiedy to się stało, że coś w niej pękło i pozwoliła gniewowi wypełnić skorupę, nadać jej innej barwy niż beżowy beż, który zawsze pomaga, nigdy przeszkadza. Kiedy cisza i pokorne dbanie o tatusia stało się pełnym przekleństw i odrazy krzykiem głęboko ukorzenionego w niej rozczarowania. To rozczarowanie, to osamotnienie… to poczucia bycie porzuconym śmieciem na marginesie żyć… Łatwiej było jej zabiegać o uwagę i względy brata, o jego miłość, o jego szczerbaty uśmiech i oszczędne ale ciepłe słowo. Nigdy nie musiała sprzątać po bracie. Nigdy nie musiała słuchać o niemożliwych standardach do spełnienia, które musiała spełniać tylko ona. Nigdy nie miała pretensji do Alastora, że nie brał jej na kolana i nie nazywał małą ukochaną księżniczką, że jej nie rozpieszczał, że nie chciał przychylić swojej córeczce całego nieba. Och nie, nie miała wobec starszego brata takich oczekiwań, bo to nie była rola. A ten czyja rola to była, bez względu na stopień trzeźwości mówił że Mildred musi być twarda. Więc była twarda i można było się o nią całkiem łatwo pokaleczyć.
– Rzygnę jak coś zjem – oznajmiła mu bezbarwnie, jak w końcu zwlekła się ze swojego legowiska, tylko po to by we względnie prostej linii udać się do łazienki. Drapiąc się po rozczochranej głowie odrastajacych po czerwcowej ekspadzie włosów, rozmyślała o możliwościach nowego miejsca na dalsze gnicie. Tam czekała na nią wanna, skitrany winiacz idealny na kaca i kilka żyletek. Czego więcej mogłaby chcieć od życia taka zajebista laska jak ona?
Był lipiec rok 69. To był zły rok dla Moody, to był rok największej możliwej zdrady ze strony jej brata i osoby, którą uważała za przyjaciółkę. Bones… aż dziw, że to nazwisko tak łatwo przechodziło jej przez gardło, ale widocznie znieczuliła je z odpowiednią mocą. Kac jeszcze nie przyszedł, choć pukał do jej drzwi. Wczoraj był termin zdawania podań na kursy aurorskie. A może przedwczoraj? A może tydzień temu? Za dwa dni rozpoczynały się kursy w Galerii Averych na zgoła odmienne zadanie. Zgoła odmienne życie.
I tak zawiedzie. I tak to porzuci. I tak tego nie do kończy. Jak zawsze na zawsze.
Rozlała się po śmierdzącej kanapie, choć jej własny odór przysłaniał wonie unoszące się w mieszkaniu. Odchyliła głowę pozwalając myślom płynąc, choć nie miały one zbyt wielkiej wartości, celu i sensu. Jak całe jej życie. Czuła się jak skorupa wypełniona gównem (nie było to zbyt odległe od rzeczywistości), skorupa szarpana siłą rozpędu od wydarzenia do wydarzenia, od patrolu do patrolu, od marzenia do koszmaru. Teraz w tym konkretnym momencie, kiedy skacowana leżała nie do końca ogarniając jaki jest dzień (może te warsztaty w galerii już się zaczęły, a ona znowu pojebała daty?), teraz było jej trochę łatwiej żyć. Trochę łatwiej nie myśleć o tym jak bardzo to jej życie było zjebane, jak bardzo zjebana była ona sama.
Nie wstała. Nie umyła twarzy. Nie ubrała się, w sumie nie ogarniając, że każe jej się przebrać, wychwytując z tych warknięć i szczeknięć to, że ją wyzywa od jebanych szmat. Nie miało to na tym etapie już żadnego znaczenia w tej gorzkiej ironii zwracania uwagi na dziecko, kiedy było już tak źle, że gorzej być nie mogło. To znaczy mogło… w sumie mogłaby zejść na Ścieżki i już stamtąd nie wracać. Czasem słyszała te opcje, zaproszenia, kuszące zerwanie wszelkich nici, ale przecież nie zrobiłaby tego Alastorowi. Nie zrobiłaby… nawet teraz, gdy ruchał się z Mavelle, gdy znalazł dziewczyną wspierającą go w klątwie, pracy i kurwa może jeszcze dupę mu podcierała. Ćmiący ból w głowie urwał te spirale, a Milles wypchnęła z siebie tylko:
– Nie mamy o czym. – Może się nie fatygować, może wypierdalać, może dać jej spokojnie zdechnąć zeszmaconej w rynsztoku. Cokolwiek chciał jej powiedzieć, słyszała już setki razy. Cokolwiek chciałby przemówić jej do rozsądku, ominie i tak szerokim łukiem. Nie miała rozsądku, nie miała poczucia obowiązku wobec niego, próżno było szukać szczątków szacunku. Ten skończył się, gdy mogła spędzić kilka dni u Longbottomów i odkryć, że dzieci nie powinny całymi dniami siedzieć zamknięte w kamienicy i czekać na wieczne nigdy kiedy tata wróci do domu. Odkryć, że dzieci nie powinny słuchać pijackich życiowych porad, a potem zakasywać w środku nocy rękawy, żeby posprzątać po smutnym tatusiu wszystko co z niego wyleciało, kiedy organizm nie dawał już rady. Odkryć, że dzieci nie powinny zasługiwać sobie na to by dostawać jakiekolwiek zabawki. By być zauważonym. By być kochanym.
Nie pamiętała, a już z pewnością nie byłaby w stanie przypomnieć sobie teraz, kiedy to się stało, że coś w niej pękło i pozwoliła gniewowi wypełnić skorupę, nadać jej innej barwy niż beżowy beż, który zawsze pomaga, nigdy przeszkadza. Kiedy cisza i pokorne dbanie o tatusia stało się pełnym przekleństw i odrazy krzykiem głęboko ukorzenionego w niej rozczarowania. To rozczarowanie, to osamotnienie… to poczucia bycie porzuconym śmieciem na marginesie żyć… Łatwiej było jej zabiegać o uwagę i względy brata, o jego miłość, o jego szczerbaty uśmiech i oszczędne ale ciepłe słowo. Nigdy nie musiała sprzątać po bracie. Nigdy nie musiała słuchać o niemożliwych standardach do spełnienia, które musiała spełniać tylko ona. Nigdy nie miała pretensji do Alastora, że nie brał jej na kolana i nie nazywał małą ukochaną księżniczką, że jej nie rozpieszczał, że nie chciał przychylić swojej córeczce całego nieba. Och nie, nie miała wobec starszego brata takich oczekiwań, bo to nie była rola. A ten czyja rola to była, bez względu na stopień trzeźwości mówił że Mildred musi być twarda. Więc była twarda i można było się o nią całkiem łatwo pokaleczyć.
– Rzygnę jak coś zjem – oznajmiła mu bezbarwnie, jak w końcu zwlekła się ze swojego legowiska, tylko po to by we względnie prostej linii udać się do łazienki. Drapiąc się po rozczochranej głowie odrastajacych po czerwcowej ekspadzie włosów, rozmyślała o możliwościach nowego miejsca na dalsze gnicie. Tam czekała na nią wanna, skitrany winiacz idealny na kaca i kilka żyletek. Czego więcej mogłaby chcieć od życia taka zajebista laska jak ona?