04.09.2026, 15:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.10.2026, 10:23 przez Gabriel Montbel.)
Duszna mgła infekującego jego ciało i umysł romantyzmu opadła zimną mżawką nerwowości, która zacisnęła mu gardło.
On sam usłyszał swoje pytanie zupełnie odmiennie, on sam usłyszał jej słowa jak mżawkę rujnującą noc, w której mieliby patrzeć na gwiazdy. Czyż nie był to gest wielki i oczywisty, czyż można było wyraźniej poprosić drugą osobę o podjęcie ryzyka, wspólnego ryzyka nowego początku, innego początku, świeżego początku, narodzin dla dnia, narodzin dla nowego czasu w którym próbuje się na języku smaku słowa "my"?
Był w niej pragmatyzm, który musiał uszanować. Był w niej lęk, o którym przecież wiedział, o którym śnił. Nie westchnął, bo nie musiał. Zniósł ciężar, zniósł świadomość odmowy. Kolejny raz.
Nie ośmielił się dotknąć jej różem pociągniętych warg, aby przerwać potok wątpliwości. Zamiast tego pokiwał głową uśmiechając się pojednawczo, nawet jeśli ten uśmiech nie sięgnął jasnych oczu ukrytych w cieniach altany.
– Masz rację, pralinki wydają się już wystarczającą ekstrawagancją dzisiejszego wieczoru. – Czegóż mógł się spodziewać, wszak półki w opactwie uginały się od opowieści detektywistycznych, oczywiste było, że jej myśli podążą tym torem. Przez moment pomyślał, że byłby zapewne dla niej o wiele bardziej interesującym wampirem, gdyby utrzymał pozory, że jednak stoi za tymi napadami w Londynie. Albo gdyby był prawnikiem sprawnie operującym zbrodnią, chociażby z sądowej wokandy. Świadomość tego, że tapeta w jadalni miała kolor oczu Gustave'a (wcale nie!) tylko zacisnęła mu pięści na marmurowej ławeczce. Czy gdyby Delacour zaproponował jej eliksiry umożliwiające jej wyjście na słońce, przełknęłaby je bez chwili zawahania? Nie był pewien. Mimo wszystko… za krótko się znali.
On sam usłyszał swoje pytanie zupełnie odmiennie, on sam usłyszał jej słowa jak mżawkę rujnującą noc, w której mieliby patrzeć na gwiazdy. Czyż nie był to gest wielki i oczywisty, czyż można było wyraźniej poprosić drugą osobę o podjęcie ryzyka, wspólnego ryzyka nowego początku, innego początku, świeżego początku, narodzin dla dnia, narodzin dla nowego czasu w którym próbuje się na języku smaku słowa "my"?
Był w niej pragmatyzm, który musiał uszanować. Był w niej lęk, o którym przecież wiedział, o którym śnił. Nie westchnął, bo nie musiał. Zniósł ciężar, zniósł świadomość odmowy. Kolejny raz.
Nie ośmielił się dotknąć jej różem pociągniętych warg, aby przerwać potok wątpliwości. Zamiast tego pokiwał głową uśmiechając się pojednawczo, nawet jeśli ten uśmiech nie sięgnął jasnych oczu ukrytych w cieniach altany.
– Masz rację, pralinki wydają się już wystarczającą ekstrawagancją dzisiejszego wieczoru. – Czegóż mógł się spodziewać, wszak półki w opactwie uginały się od opowieści detektywistycznych, oczywiste było, że jej myśli podążą tym torem. Przez moment pomyślał, że byłby zapewne dla niej o wiele bardziej interesującym wampirem, gdyby utrzymał pozory, że jednak stoi za tymi napadami w Londynie. Albo gdyby był prawnikiem sprawnie operującym zbrodnią, chociażby z sądowej wokandy. Świadomość tego, że tapeta w jadalni miała kolor oczu Gustave'a (wcale nie!) tylko zacisnęła mu pięści na marmurowej ławeczce. Czy gdyby Delacour zaproponował jej eliksiry umożliwiające jej wyjście na słońce, przełknęłaby je bez chwili zawahania? Nie był pewien. Mimo wszystko… za krótko się znali.