Może jakby był świadomy tego, że mu Zenek próbuje grzebać w głowie to by się zdenerwował, ale nieświadom był, że coś takiego się dzieje. No i właśnie, może — bo to też zależało od tego co on sobie tam próbuje znaleźć, chociaż właściwie to pewnie nie, bo Weasley był człowiekiem bezwstydnym i przeważnie szczerym, kłamał tylko wtedy, gdy wymagała tego sytuacja. Czyli często.
— Mój stary trzyma wiele rzeczy. Radia, zepsute telewizory, rury, dziecięce zabawki, telelefony. Takie hobby. Ja to chyba mam po nim, chociaż nie tak bardzo. Mój młodszy brat za to, Arthur, spędza w tej szopce cały swój wolny czas i ciągle coś tam dłubie. — dalej gadał, bo skoro ktoś zainteresowany był rozmową, to dlaczego miałby tego nie robić. Był czarodziejem otwartym; kolegował się z każdym, kto chciał kolegować się z nim i nie był jednocześnie totalnym śmieciem. Lub mizoginem, ale w oczach Weasleya jedno i drugie miało wiele wspólnego.
Jak tak paplał wesoło, nie do końca zwracał uwagę na to co ten Zenon robi. Dopiero, gdy w zasięgu jego wzroku pojawiła się różdżka czarodzieja, przekręcił głowę w bok zdziwiony.
W oczach Weasleya, ten gest to było, jakby Zenek zapraszał go do domu i próbował zeswatać z własną siostrą. Gest, stu procentowego zaufania. Może by się w innych warunkach wzruszył, może by coś powiedział typu: "Dzięki, ale nie" albo "Pojebało Cię? Nie boisz się, że coś zepsuje?", ale skoro jego chwilowy przyjaciel tak zachęcał go to stwierdził: dlaczego nie? No i coś tam się znał na mechanizmach i innych takich, no ręce miał raczej sprytne, więc jakoś bardzo się nie cykał. Wzruszył ramionami i stwierdził w myślach, że spróbuje.
— Powodów jest wiele. Mieszkam blisko, całkiem tu fajnie i dalej jestem tu mile widziany. No i jeszcze nikt nie napluł mi do szklanki. — odparł, biorąc nieswoją różdżkę w łapę. Tak, jak się spodziewał, gdy jego palce owinęły się wokół nieznanego drewna, nie zdarzyło się nic specjalnego. Żadnych fajerwerków czy wybuchów, właściwe to nie był pewny nawet czy to zadziała.
Wsadził drewno w dziurkę i przekręcił w jedną stronę. Nie wiedział co powinno się stać, więc patrzył na Kozioła, wyczekująco, ale bez oceniania.
— Dobrze to robię? Chyba nikt wcześniej, nie poprosił mnie bym pokręcił jego własną różdżką w czyjejś dziurce. — rzucił, śmiejąc się cicho i kręcąc głową na boki. To spotkanie skręcało w dziwnym kierunku, ale podobało mu się to. Nawet bardzo.
engines stop running, the wheat is growin' thin
a nuclear error, but I have no fear
cause L o n d o n is drowning, I,
I live by the river