05.09.2026, 21:11 ✶
W dolinie Kadiszy kobiety tańczyły bez żadnego instrumentu, a jednak nie nie odbierała tego jako pustki, lecz muzykę wyrwaną z trzewi rdzenia samego ciała. Żadnych bębnów, żadnych piszczałek; tylko pięty uderzające w ubitą słońcem ziemię, dłonie klaszczące o uda, albo siebie nawzajem, oddech ścinany coraz krócej, aż przestawał być oddechem, zamieniał się w metronom. Piasek nosiła w sobie jeszcze długo po powrocie do Londynu — wysypywał się z fałd ubrań przez dwa tygodnie. Ale tutaj, w tej londyńskiej sali, podłoga była lepka od rozlanego chmielu i śmierdziała stęchlizną tysiąca wcześniejszych wieczorów, a na parkiecie nie tańczyła żadna roznegliżowana kapłanka. Ciekawe czy Zenek był członkiem kowenu? W Witchcroft by go na pewno widziała.
Kosmiczny rock. Ale dlaczego kosmiczny?
— Kurz… jest z ludzkiej skóry — powtórzyła po nim, powoli, sprawdzając fakt w ustach na kruchość, tak jak sprawdzała drewno kciukiem, przed wbiciem w nie dłuto. Powinno ją to było zniesmaczyć oraz zaniepokoić i szczerze zamierzała się zniesmaczyć, ale czy człowiek, który przez kilkanaście lat wdychał drzewne opiłki, miał prawo marudzić na opiłki sklejone ze starych bywalców Rejwachu? — To znaczy, że szczotkujesz z tego filcu pana Tarpaulina. I tych dwóch co siedzą pod portretami — jeden z nich nie miał zęba na przedzie, a drugi miał na sobie czerwoną czapeczkę klauna. Septima skrzywiła się mimowolnie i natychmiast poczuła się z tym paskudnie, bo skrzywiła się nie na sam koncept kurzowy, tylko na tamtych dwóch facetów, a przecież nie ich winą było urodzenie się z fizjonomią postaci rodem z dziecięcych bajek o wiedźmach i leśnych stworach.
Jeszcze niecały miesiąc wcześniej ludzie chodzili po Pokątnej z popiołem we włosach, udając że to zwyczajna wrześniowa szarość przyklejona do ich fryzur. Septima trafiła nawet do Munga, a przez pierwsze kilka dni wykasływała coś, czego nikt nie chciał nazywać precyzyjniej niż „podejrzanym osadem" — jakby nadanie mu imienia mogło przywołać więcej czegoś, co pozostać chciało nienazywalne. A teraz stała w brudnej spelunie na Nokturnie i bujała się w takt płyty, o której istnieniu nie wiedziała jeszcze godzinę temu. Mimochodem rzuciła okiem w stronę Zenka, acz od razu spojrzenie cofnęła. Nie wypadało o nic teraz pytać. Nie tutaj, nie teraz i nie w taki sposób.
Chwilę potem zerknąć musiała w stronę drzwi. Odruchowo i z nawykiem wartowniczej służby pełnionej od… niezmierzonych trzech kwadransów. Zorientowała się, że nie zerkała tam od przeciągającej się chwili i to odkrycie przeszło jej przez żołądek gładko, acz wciąż nieprzyjemnie. Notatnik wszak czekał w torbie na krześle po drugiej stronie sali (jak najprędzej musiała po torbę wrócić!!!), sam, porzucony i kompletnie bezużyteczny. Badacz nie przyszedł i była to jego i wyłącznie jego wina, a i tak poczuła się jak skończona kretynka. Powinna pójść do domu. Ale czy chciała iść do domu?
Wzrok przeniosła na tuptającego Zenka. Tup tup. Nie robiło to na niej kosmicznego wrażenia, ale widziała gorszych tancerzy. Kiwnęła na to głową z aprobatą, rozplatając palce.
— Co puścisz po tym?
To był większy wysiłek, niż wyglądał, bo dłonie splecione z tyłu miały jedną zasadniczą zaletę. Nie musiały nic robić. Puszczone luzem opadły wzdłuż tej cholernej koronki i natychmiast zaczęły jej przeszkadzać. Panny w takich głupich koronkach nie tańczyły do "kosmicznego rocka" w spelunie pełnej pijanych mężczyzn. Ale wnet przypomniała sobie napis dumnie wyryty nad damską ubikacją w Dziurawym Kotle: „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne mają niebo na ziemi…"
Nie miała więc już wyboru, bo pokierowała nią emocja, wydawałoby się, że dawna i nieaktualna, ale najwidoczniej wciąż potężna. Zsunęła ciężar na prawą stopę i z powrotem, raz, i jeszcze raz, żeby sprawdzić, jak to działa. Prawa noga nawet słuchała, ale lewa weszła o takt za wolno i za późno, co spowodowało wysyp buraczanych plam na policzkach.
Wytrzymała tak cztery kolejne uderzenia. Potem lewa noga jakoś się dopasowała, albo to muzyka się poddała i nad nią zlitowała.
Pac. Koronka była cienka i siłą rzeczy poczuła przez nią całą dłoń naraz, jeszcze chłodną od płyty, zaczepioną niby przypadkiem o rękaw bez żadnego pytania. Ciało Timmy zdążyło szarpnąć wcześniej niż myśl; ramię cofnęło się machinalnie o pół cala. Zatrzymała je w połowie drogi. Rękaw jednak wrócił tam, gdzie był.
Grzaniec dogonił ją dopiero teraz falą ciepła rozchodzącą się nie po gardle, ale gdzieś pod obojczykami.
— O której dziś kończysz pracę?
Kosmiczny rock. Ale dlaczego kosmiczny?
— Kurz… jest z ludzkiej skóry — powtórzyła po nim, powoli, sprawdzając fakt w ustach na kruchość, tak jak sprawdzała drewno kciukiem, przed wbiciem w nie dłuto. Powinno ją to było zniesmaczyć oraz zaniepokoić i szczerze zamierzała się zniesmaczyć, ale czy człowiek, który przez kilkanaście lat wdychał drzewne opiłki, miał prawo marudzić na opiłki sklejone ze starych bywalców Rejwachu? — To znaczy, że szczotkujesz z tego filcu pana Tarpaulina. I tych dwóch co siedzą pod portretami — jeden z nich nie miał zęba na przedzie, a drugi miał na sobie czerwoną czapeczkę klauna. Septima skrzywiła się mimowolnie i natychmiast poczuła się z tym paskudnie, bo skrzywiła się nie na sam koncept kurzowy, tylko na tamtych dwóch facetów, a przecież nie ich winą było urodzenie się z fizjonomią postaci rodem z dziecięcych bajek o wiedźmach i leśnych stworach.
Jeszcze niecały miesiąc wcześniej ludzie chodzili po Pokątnej z popiołem we włosach, udając że to zwyczajna wrześniowa szarość przyklejona do ich fryzur. Septima trafiła nawet do Munga, a przez pierwsze kilka dni wykasływała coś, czego nikt nie chciał nazywać precyzyjniej niż „podejrzanym osadem" — jakby nadanie mu imienia mogło przywołać więcej czegoś, co pozostać chciało nienazywalne. A teraz stała w brudnej spelunie na Nokturnie i bujała się w takt płyty, o której istnieniu nie wiedziała jeszcze godzinę temu. Mimochodem rzuciła okiem w stronę Zenka, acz od razu spojrzenie cofnęła. Nie wypadało o nic teraz pytać. Nie tutaj, nie teraz i nie w taki sposób.
Chwilę potem zerknąć musiała w stronę drzwi. Odruchowo i z nawykiem wartowniczej służby pełnionej od… niezmierzonych trzech kwadransów. Zorientowała się, że nie zerkała tam od przeciągającej się chwili i to odkrycie przeszło jej przez żołądek gładko, acz wciąż nieprzyjemnie. Notatnik wszak czekał w torbie na krześle po drugiej stronie sali (jak najprędzej musiała po torbę wrócić!!!), sam, porzucony i kompletnie bezużyteczny. Badacz nie przyszedł i była to jego i wyłącznie jego wina, a i tak poczuła się jak skończona kretynka. Powinna pójść do domu. Ale czy chciała iść do domu?
Wzrok przeniosła na tuptającego Zenka. Tup tup. Nie robiło to na niej kosmicznego wrażenia, ale widziała gorszych tancerzy. Kiwnęła na to głową z aprobatą, rozplatając palce.
— Co puścisz po tym?
To był większy wysiłek, niż wyglądał, bo dłonie splecione z tyłu miały jedną zasadniczą zaletę. Nie musiały nic robić. Puszczone luzem opadły wzdłuż tej cholernej koronki i natychmiast zaczęły jej przeszkadzać. Panny w takich głupich koronkach nie tańczyły do "kosmicznego rocka" w spelunie pełnej pijanych mężczyzn. Ale wnet przypomniała sobie napis dumnie wyryty nad damską ubikacją w Dziurawym Kotle: „Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne mają niebo na ziemi…"
Nie miała więc już wyboru, bo pokierowała nią emocja, wydawałoby się, że dawna i nieaktualna, ale najwidoczniej wciąż potężna. Zsunęła ciężar na prawą stopę i z powrotem, raz, i jeszcze raz, żeby sprawdzić, jak to działa. Prawa noga nawet słuchała, ale lewa weszła o takt za wolno i za późno, co spowodowało wysyp buraczanych plam na policzkach.
Wytrzymała tak cztery kolejne uderzenia. Potem lewa noga jakoś się dopasowała, albo to muzyka się poddała i nad nią zlitowała.
Pac. Koronka była cienka i siłą rzeczy poczuła przez nią całą dłoń naraz, jeszcze chłodną od płyty, zaczepioną niby przypadkiem o rękaw bez żadnego pytania. Ciało Timmy zdążyło szarpnąć wcześniej niż myśl; ramię cofnęło się machinalnie o pół cala. Zatrzymała je w połowie drogi. Rękaw jednak wrócił tam, gdzie był.
Grzaniec dogonił ją dopiero teraz falą ciepła rozchodzącą się nie po gardle, ale gdzieś pod obojczykami.
— O której dziś kończysz pracę?
Kocham drewno i duże bicepsy.