Nawet towarzystwo ulubionej kuzynki, nie było w stanie poprawić humoru Edith.
Powiedzieć, że nienawidzi lasów, pól, rzek; dzikiej natury w ogólnym tego słowa znaczeniu, to tak jakby powiedzieć nic. Stąpając obok Astorii, czuła się jak kaczka albo troll jaskiniowy, którego stopa nigdy nie postała w cieniu drzew, bo większość życia spędzał pośród skał. Jej skałami było miasto, Londyn i wszystkie eleganckie sale, najmodniejsze restauracje oraz szare, brudne ulice, gdzieś, gdzie każdy kolejny krok nie groził skręceniem kostki, nie krzaki w okolicy Londynu. Pomimo tej całej niechęci, nie potrafiła jednak Astorii odmówić, tylko i wyłącznie dlatego, że była — no cóż — Astorią.
Na początku ich wycieczki po chrust była jeszcze w całkiem dobrym humorze; nogi Edith panowały nad sytuacją, stąpając po zabłoconej ziemi lekko, dopiero, gdy weszły w głąb, tam gdzie drzewa rosły co raz gęściej, a las robił się jakiś mroczy, pojawiły się małe niedogodności.
Idąc czuła się, jak kaczka, albo nie, jak troll, który większość swego życia spędził w górach się czuła, nie zapuszczając się z swej jaskini dalej, niż dobrze znana istocie okolica. Jej górami był jednak Londyn — z najmodniejszymi restauracjami i uroczymi kawiarenkami. Z domami mody i zatłoczoną Pokątną, gdzieś, gdzie nawierzchnia była twarda na tyle, by nie skręcić sobie kostki czy nie wylądować twarzą w błocie.
Chyba dlatego też, te gałęzie, posyłała do tyłu z agresją. Niektóre z nich obijały się o drzewa oraz ziemię, losowo, łamiąc na pół, jedno czy dwa uderzenia były głuche, więc musiała trafić skrzata. Którego? Nie wiedziała, bo nie odwracała głowy w tył, patrząc ciągle prosto, w strachu, że się w tym lesie wywróci i jeszcze bardziej ubrudzi swe szaty. Jej kupka była zdecydowanie mniejsza, ale nie stresowała się tym zbytecznie, wystarczająco stresujące było dla Edith chodzenie po tym lesie.
— Dziwi mnie, że jeszcze nikt nie zrobił z tego całego zbierania interesu, — mruknęła Edith, marszcząc nos w niezadowoleniu, bo jednak z gałązek wyrastającego nieopodal drzewka, postanowiła zakraść się pomiędzy szopę, jaką ktoś mógł teraz nazwać jej włosy. — Bóstwom chyba wszystko jedno skąd ten chrust, ważne są intencje. Skoro ktoś wydaje na to swoje ciężko zarobione galeony, to raczej robi to szczerze. — wypowiadając ostatnie słowa, potknęła się, po raz pierwszy, o wystający nad powierzchnie ziemi korzeń. Robiąc to, kierowała jednocześnie drewno do tyłu w stronę skrzatów, a że koncentracji nie straciła, to sama gałąź z impetem poleciała daleko i bardzo, bardzo wysoko ponad głowami ich i skrzatów, w nikomu niewiadomą stronę. Szkoda, bo to był naprawdę ładny kawałek chrustu.
Na pytanie o kuzyna spochmurniała jeszcze bardziej.
— Proszę Cię, nie wspominaj nic o tym chłopaku. Po pogawędce na temat tego, jak się prowadzi strasznie się obruszył. Stwierdził, że ją kocha, a ja wpycham swój bulwowaty nos w nieswoje sprawy. — prychnęła zniesmaczona, bo co sobie ten gówniarz wyobrażał. — Chyba będę musiała uderzyć w stronę tej pannicy. Może jak straci wszystkie włosy na głowie, a na jej twarzy zagości prawdziwa bulwa zamiast nosa, to razem zmądrzeją i znajdą sobie inne zajęcie niż romansowanie. — czy Edith była w stanie to zrobić? Jak najbardziej. Szczególnie po tym komentarzu o nosie, bo jeśli chodzi o wtrącanie się w nieswoje sprawy to chłopak miał po części racje. Edith robiła to oczywiście tylko i wyłącznie ze względu na swoją rodzinę, nie miała jednak ochoty na gierki typowe dla czystokrwistych panien — większość zapominała o plotkach wyjątkowo szybko, za szybko jej osobistym zdaniem, dlatego musiała zadziałać bardziej bezpośrednio i brutalnie.
— Proszę, odwróć mą uwagę od tego gówniarza i tego lasu, bo zaraz wybuchnę. — rzuciła w rozpaczy, zestresowana cała. Jej dłoń zacisnęła się na różdżce, palce pobielały. — Możesz mówić o sobie, cokolwiek. Mężczyźni, rodzina, plotki, bylebym nie myślała o tej lafiryndzie i niewdzięcznik.
torment me. IN DETAIL.