Koniec października, jak co roku chyba, nie przynosił ze sobą przesadnie entuzjastycznych prognoz pogodowych. Siąpiło, było chłodno, w ogóle jesień pełną gębą i to taka, która wytraciła już znacząco swoje złociste kolory. Było ponuro, tak jakoś nijako, a jeśli chodziło o okolice, to Little i Great Hangleton, wyglądało Atreusowi tak samo smętnie. Nie ważne że jedna wiocha słynęła z czarnoksiężników, a druga była mugolska pełną gębą.
Sytuacja w Great Hangleton była jaka była i Atreusowi chyba momentami udzielała się paranoja Brenny, bo zaczął się zastanawiać, czy ktoś nie robił tego wszystkiego specjalnie. Bo całkiem szczerze, ile zgłoszeń można było dostać do jednego miasteczka w przeciągu paru ostatnich dni? No ile? Zdecydowanie było tego za dużo, bo jak nie bachantki to jakieś sieci elektryczne i całkiem szczerze, to gdyby miał w sobie odrobinę więcej tej paranoi, powiedziałby że Little Hangleton szykuje się do przejęcia Great Hangleton. Tak akurat na sabat, żeby zrobić czarodziejom prezent.
Jemu, tak samo jak Victorii, nigdy nie było za ciepło. Do tego stanu jednak zdążył się przyzwyczaić i jak zdarzało się od maja, ubrany był nieco za lekko na taką pogodę. Cienki płaszcz miał na celu zatrzymać deszcz, ale normalnej osoby nie chroniłby przed zawiewającym chłodem. Palił papierosa i marudził pod nosem. Bardziej do siebie, ale do Lestrange trochę tez, biorąc pod uwagę że ta stała obok niego. Narzekał na to całe Great Hangleton i na ten zasrany sabat, albo raczej tych oszołomów co im się zachciało robić szturm na Polanę Ognisk.
— Edith — powtórzył za Victorią, odwracając się na sylwetkę amnezjatorki. — Jak miło — nie było w tym słychać ani grama zadowolenia. Bardziej jakąś wyciśniętą neutralność. — Bójka brzmi chyba najsensowniej. Może nawet niech sobie myślą że obronili tę dziurę przed kolejnym aktem wandalizmu bo facet majstrował przy tym… czymś — spojrzał ku górze z powątpiewaniem i ani na moment nie zabolało go, że nie interesował się aż tak mugolską technologią.