Wczoraj, 14:02 ✶
Na suchej łodydze jeżyny siedział krogulec. Płowy, z grzbietem rdzawym jak stare żelazo, niewielki i może odrobinę większy od Samuela. Kolce oplatały gałąź wokół jego łap, lecz ptak zdawał się ich nie dostrzegać. Przechylił głowę. Jedno oko patrzyło w dół, drugie ku jasnemu niebu. Trudno było powiedzieć, czy wypatrywał drugiego ptaka, czy też po prostu należał jeszcze do tego dzikiego kawałka świata, który zaczynał się tam, gdzie kończyły się ludzkie płoty.
Sad pachniał jabłoniowym kwiatem i ciepłą ziemią, ale tu… poza jego granicą, w powietrzu mieszało się coś jeszcze. Korzenie głogu, stare, twarde, wżarte w gliniastą glebę, oddychały wilgocią, która nie była jeszcze wodą, ale nie była już tylko powietrzem. Ptaszek czuł ją nie nozdrzami, a całym ciałem, każdą lotką, każdą szczecinką, która porastała skórę u nasady piór.
Głóg pod nią nie kwitł jeszcze. Pąki były nabrzmiałe, ale zamknięte, twardawe. Violet przestąpiła na pędzie i pochyliła łebek. Wyciągnęła dziób w stronę pąka, dotknęła go czubkiem delikatnie. Pąk był chłodniejszy niż powietrze.
Coś przeleciało nad nią. Cień.
Viola poderwała głowę. Krogulec! Tam gdzie jabłonie stały otwarte i bezwstydne w swoim kwitnieniu. Zobaczyła go przez moment zanim zaczął się wznosić, a jej ciało zesztywniało. Instynkt mówił jej jedno, drugie oko mówiło drugie. Krogulec nad nią nie polował. Jej pazurki wbiły się w suchy pęd jeżyny. Siedziała na swoim głogu, na granicy sadu i dziczy, i patrzyła jednym okiem na krogulca nad jabłoniami, a drugim na pąk, który nie chciał się otworzyć.
Sad pachniał jabłoniowym kwiatem i ciepłą ziemią, ale tu… poza jego granicą, w powietrzu mieszało się coś jeszcze. Korzenie głogu, stare, twarde, wżarte w gliniastą glebę, oddychały wilgocią, która nie była jeszcze wodą, ale nie była już tylko powietrzem. Ptaszek czuł ją nie nozdrzami, a całym ciałem, każdą lotką, każdą szczecinką, która porastała skórę u nasady piór.
Głóg pod nią nie kwitł jeszcze. Pąki były nabrzmiałe, ale zamknięte, twardawe. Violet przestąpiła na pędzie i pochyliła łebek. Wyciągnęła dziób w stronę pąka, dotknęła go czubkiem delikatnie. Pąk był chłodniejszy niż powietrze.
Coś przeleciało nad nią. Cień.
Viola poderwała głowę. Krogulec! Tam gdzie jabłonie stały otwarte i bezwstydne w swoim kwitnieniu. Zobaczyła go przez moment zanim zaczął się wznosić, a jej ciało zesztywniało. Instynkt mówił jej jedno, drugie oko mówiło drugie. Krogulec nad nią nie polował. Jej pazurki wbiły się w suchy pęd jeżyny. Siedziała na swoim głogu, na granicy sadu i dziczy, i patrzyła jednym okiem na krogulca nad jabłoniami, a drugim na pąk, który nie chciał się otworzyć.