13.09.2026, 21:36 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2026, 22:35 przez Zelena Brekker.)
aktywna pełnia
Las był dziś spokojny. Zelena szła powoli z dużym wiklinowym koszem, już w połowie wypełnionym chrustem. Wystawały z niego cienkie, suche gałązki, kawałki kory i kilka grubszych konarów, które znalazła wcześniej przy powalonych drzewach. Co jakiś czas zatrzymywała się, pochylała i wybierała z poszycia kolejną odpowiednią gałąź - suchą, ale nie spróchniałą, wystarczająco lekką, by mogła dołożyć ją do reszty. Nie spieszyła się. Właściwie cała jej wędrówka wyglądała praktycznie tak samo: kilka kroków, zatrzymanie. Rozejrzenie się. Pochylenie. Chrzęst liści pod butami. Potem ciche stuknięcie drewna o drewno, kiedy kolejna gałąź lądowała w koszu.
Ubrana była zdecydowanie bardziej kolorowo, niż wymagałaby tego zwyczajna wyprawa do lasu. Szerokie, brązowe spodnie z sztruksu miękko układały się przy każdym kroku, ciężkie skórzane buty były już przyprószone wilgotną ziemią, a spod luźnego, kremowego swetra wystawał kołnierzyk koszuli w drobny, kwiatowy wzór. Na ramiona narzuciła patchworkowy płaszcz w przygaszonych odcieniach rdzy, zieleni, brązu i musztardowej żółci. Las zdawał się pochłaniać jej obecność. Kolorowe ubrania ginęły pomiędzy jesiennymi liśćmi, a jej kroki były na tyle ciche, że czasem jedynym śladem po niej był delikatny szelest poruszanego poszycia. Co pewien czas przystawała przy większym pniu i przesuwała dłonią po jego powierzchni, sprawdzając, czy leżące drewno nada się w części do zabrania. Innym razem rozgarniała czubkiem buta liście, spod których wyłaniały się drobne gałązki. Zbierała je niemal mechanicznie, wkładając do kosza bez większego zastanowienia. Miała przy tym zamyślony wyraz twarzy. Jej spojrzenie często błądziło gdzieś dalej, między pniami drzew, zamiast skupiać się na tym, co znajdowało się tuż pod nogami. Las był cichy i wystarczająco odległy od codziennego zgiełku, by łatwo było pozwolić myślom odpłynąć. A kiedy kosz robił się coraz cięższy, poprawiała jego uchwyt i szła dalej, zagłębiając się coraz bardziej między drzewa.
"Uważaj!" - dobiegło gdzieś z boku. Zelena uniosła głowę, ale nie dosłyszała reszty. Zamiast tego dostrzegła nieznajomą kobietę stojącą kilka kroków dalej i przez krótką chwilę zastanawiała się, czy ta właśnie coś do niej powiedziała. Zrobiła jeszcze jeden krok. I wtedy ziemia zniknęła jej spod stopy.
- O Boże! - Warstwa liści załamała się nagle, jak cienka zasłona, a jej stopa zniknęła pomiędzy nimi. Przez krótką chwilę próbowała odruchowo odzyskać równowagę, ale ciężar dużego kosza pociągnął ją w bok. Druga noga ześlizgnęła się po mokrym podłożu i już po sekundzie nie miała się czego złapać. Runęła prosto w ukrytą dziurę. Kosz wysmyknął się z jej rąk, gałęzie rozsypały się naokoło, a dziewczyna wylądowała niżej, pomiędzy liśćmi i wystającymi korzeniami. Przez moment wszystko wydarzyło się tak szybko, że nawet nie zdążyła krzyknąć. Dopiero kiedy spróbowała odruchowo podnieść się na nogę, poczuła gwałtowny, ostry ból w kostce. Syknęła i natychmiast z powrotem opadła na ziemię. Ból promieniował od kostki w górę nogi, pulsujący i dokuczliwy. Zacisnęła dłonie na materiale spodni nad kostką i wzięła kilka ostrożnych oddechów, próbując przeczekać pierwsze, najbardziej nieprzyjemne ukłucie. Nie spodziewała się, że dół będzie tak głęboki (w ogóle się go nie spodziewała). Teraz jednak siedziała w nim cała, z jedną nogą podwiniętą niezręcznie pod sobą i włosami opadającymi jej na twarz. Spojrzała na rozsypane wokół gałęzie. Potem na kosz. Na końcu bardzo powoli przeniosła wzrok na swoją bolącą kostkę.
- No pięknie… - mruknęła pod nosem.
!Trauma Ognia
rzut
Las był dziś spokojny. Zelena szła powoli z dużym wiklinowym koszem, już w połowie wypełnionym chrustem. Wystawały z niego cienkie, suche gałązki, kawałki kory i kilka grubszych konarów, które znalazła wcześniej przy powalonych drzewach. Co jakiś czas zatrzymywała się, pochylała i wybierała z poszycia kolejną odpowiednią gałąź - suchą, ale nie spróchniałą, wystarczająco lekką, by mogła dołożyć ją do reszty. Nie spieszyła się. Właściwie cała jej wędrówka wyglądała praktycznie tak samo: kilka kroków, zatrzymanie. Rozejrzenie się. Pochylenie. Chrzęst liści pod butami. Potem ciche stuknięcie drewna o drewno, kiedy kolejna gałąź lądowała w koszu.
Ubrana była zdecydowanie bardziej kolorowo, niż wymagałaby tego zwyczajna wyprawa do lasu. Szerokie, brązowe spodnie z sztruksu miękko układały się przy każdym kroku, ciężkie skórzane buty były już przyprószone wilgotną ziemią, a spod luźnego, kremowego swetra wystawał kołnierzyk koszuli w drobny, kwiatowy wzór. Na ramiona narzuciła patchworkowy płaszcz w przygaszonych odcieniach rdzy, zieleni, brązu i musztardowej żółci. Las zdawał się pochłaniać jej obecność. Kolorowe ubrania ginęły pomiędzy jesiennymi liśćmi, a jej kroki były na tyle ciche, że czasem jedynym śladem po niej był delikatny szelest poruszanego poszycia. Co pewien czas przystawała przy większym pniu i przesuwała dłonią po jego powierzchni, sprawdzając, czy leżące drewno nada się w części do zabrania. Innym razem rozgarniała czubkiem buta liście, spod których wyłaniały się drobne gałązki. Zbierała je niemal mechanicznie, wkładając do kosza bez większego zastanowienia. Miała przy tym zamyślony wyraz twarzy. Jej spojrzenie często błądziło gdzieś dalej, między pniami drzew, zamiast skupiać się na tym, co znajdowało się tuż pod nogami. Las był cichy i wystarczająco odległy od codziennego zgiełku, by łatwo było pozwolić myślom odpłynąć. A kiedy kosz robił się coraz cięższy, poprawiała jego uchwyt i szła dalej, zagłębiając się coraz bardziej między drzewa.
"Uważaj!" - dobiegło gdzieś z boku. Zelena uniosła głowę, ale nie dosłyszała reszty. Zamiast tego dostrzegła nieznajomą kobietę stojącą kilka kroków dalej i przez krótką chwilę zastanawiała się, czy ta właśnie coś do niej powiedziała. Zrobiła jeszcze jeden krok. I wtedy ziemia zniknęła jej spod stopy.
- O Boże! - Warstwa liści załamała się nagle, jak cienka zasłona, a jej stopa zniknęła pomiędzy nimi. Przez krótką chwilę próbowała odruchowo odzyskać równowagę, ale ciężar dużego kosza pociągnął ją w bok. Druga noga ześlizgnęła się po mokrym podłożu i już po sekundzie nie miała się czego złapać. Runęła prosto w ukrytą dziurę. Kosz wysmyknął się z jej rąk, gałęzie rozsypały się naokoło, a dziewczyna wylądowała niżej, pomiędzy liśćmi i wystającymi korzeniami. Przez moment wszystko wydarzyło się tak szybko, że nawet nie zdążyła krzyknąć. Dopiero kiedy spróbowała odruchowo podnieść się na nogę, poczuła gwałtowny, ostry ból w kostce. Syknęła i natychmiast z powrotem opadła na ziemię. Ból promieniował od kostki w górę nogi, pulsujący i dokuczliwy. Zacisnęła dłonie na materiale spodni nad kostką i wzięła kilka ostrożnych oddechów, próbując przeczekać pierwsze, najbardziej nieprzyjemne ukłucie. Nie spodziewała się, że dół będzie tak głęboki (w ogóle się go nie spodziewała). Teraz jednak siedziała w nim cała, z jedną nogą podwiniętą niezręcznie pod sobą i włosami opadającymi jej na twarz. Spojrzała na rozsypane wokół gałęzie. Potem na kosz. Na końcu bardzo powoli przeniosła wzrok na swoją bolącą kostkę.
- No pięknie… - mruknęła pod nosem.
!Trauma Ognia
rzut