13.09.2026, 22:54 ✶
aktywny Nów
Diana wyglądała, jakby sama przed chwilą wyszła z pola bitwy. Krew splamiła większość powierzchni jej swetra, dłonie, a nawet kilka pasm włosów przy skroni, choć tylko niewielka jej część należała do niej. Reszta pochodziła od ludzi, których przez ostatnie kilkadziesiąt minut próbowała utrzymać przy życiu, opatrywała na ulicach. Wciąż miała na sobie zapach Londynu - dymu, spalenizny i popiołu, który osiadał na wszystkim. Włosy były przyprószone szarym pyłem, a oddech co jakiś czas rwał się od kaszlu. Kiedy zamykała oczy, natychmiast wracały do niej obrazy płonących budynków, zaklęć rozświetlających ulice, ludzi biegnących bez celu i rannych leżących tam, gdzie jeszcze niedawno toczyło się zwyczajne życie. Widziała też tych, którym nie zdołano pomóc, i właśnie to było najtrudniejsze do wyrzucenia z pamięci.
Przez chwilę stała nieruchomo, z palcami zaciskającymi się na pasku medycznej torby. Całe ciało miała napięte, dłonie drżały jej tak mocno, że musiała świadomie zmusić je do posłuszeństwa. Serce waliło jej w piersi, a każda kolejna osoba wbiegająca do szpitala sprawiała, że żołądek ściskał się jeszcze mocniej. Ale nie mogła się teraz rozpaść. Nieważne, że nie miała dyżuru, przyszła sama z siebie. Była teraz potrzebna, teraz najbardziej. Wzięła głęboki, nierówny oddech i otarła przedramieniem twarz, zostawiając na policzku smugę sadzy. Przez moment spuściła wzrok, jakby próbowała odciąć wszystko, co działo się za murami szpitala. Potem uniosła głowę i skupiła uwagę na tym, co znajdowało się bezpośrednio przed nią.
Na noszach leżał mężczyzna, którego przed chwilą pomagała transportować z jednej z ulic Londynu. Był w ciężkim stanie. Jego ubranie było podarte i przesiąknięte krwią, a twarz blada pod warstwą popiołu. Każdy jego oddech był płytki i urywany, a kiedy próbował się poruszyć, z gardła wydobywał się cichy, urwany jęk.
- Och, panie Mulciber, co za ulga - odetchnęła głęboko, gdy tylko uzdrowiciel pojawił się obok. - Jest pan cały? - Czuła się znacznie pewniej przy kimś wykwalifikowanym, nie stresowała się tak popełnieniem jakiegoś błędu, ukojona pewnością, że ktoś nad nią czuwa. - Bardzo proszę, przyda mi się pomoc. Tyle ludzi… ja nie wiem, co robić… - mówiła cicho, na tyle, żeby inni pacjenci nie zdołali wychwycić strachu w jej głosie. Strach był teraz naturalnym odruchem, ale jednak od magimedyków, od profesjonalistów oczekiwano chłodnej głowy i niesienia pomocy. A Dianie wciąż brakowało doświadczenia z taką skalą tragedii, jaka dziś ogarnęła Londyn.
- Ma płytki, przyspieszony oddech i bardzo słabe tętno. Podejrzewam wstrząs połączony z utratą krwi. Na miejscu zabezpieczyliśmy ranę i unieruchomiliśmy rękę - wskazała prowizoryczne usztywnienie pacjenta na noszach. - Możliwe, że ma obrażenia wewnętrzne, skarżył się na silny ból brzucha, zanim stracił przytomność.
!Nigdy nie przestawaj leczyć
Diana wyglądała, jakby sama przed chwilą wyszła z pola bitwy. Krew splamiła większość powierzchni jej swetra, dłonie, a nawet kilka pasm włosów przy skroni, choć tylko niewielka jej część należała do niej. Reszta pochodziła od ludzi, których przez ostatnie kilkadziesiąt minut próbowała utrzymać przy życiu, opatrywała na ulicach. Wciąż miała na sobie zapach Londynu - dymu, spalenizny i popiołu, który osiadał na wszystkim. Włosy były przyprószone szarym pyłem, a oddech co jakiś czas rwał się od kaszlu. Kiedy zamykała oczy, natychmiast wracały do niej obrazy płonących budynków, zaklęć rozświetlających ulice, ludzi biegnących bez celu i rannych leżących tam, gdzie jeszcze niedawno toczyło się zwyczajne życie. Widziała też tych, którym nie zdołano pomóc, i właśnie to było najtrudniejsze do wyrzucenia z pamięci.
Przez chwilę stała nieruchomo, z palcami zaciskającymi się na pasku medycznej torby. Całe ciało miała napięte, dłonie drżały jej tak mocno, że musiała świadomie zmusić je do posłuszeństwa. Serce waliło jej w piersi, a każda kolejna osoba wbiegająca do szpitala sprawiała, że żołądek ściskał się jeszcze mocniej. Ale nie mogła się teraz rozpaść. Nieważne, że nie miała dyżuru, przyszła sama z siebie. Była teraz potrzebna, teraz najbardziej. Wzięła głęboki, nierówny oddech i otarła przedramieniem twarz, zostawiając na policzku smugę sadzy. Przez moment spuściła wzrok, jakby próbowała odciąć wszystko, co działo się za murami szpitala. Potem uniosła głowę i skupiła uwagę na tym, co znajdowało się bezpośrednio przed nią.
Na noszach leżał mężczyzna, którego przed chwilą pomagała transportować z jednej z ulic Londynu. Był w ciężkim stanie. Jego ubranie było podarte i przesiąknięte krwią, a twarz blada pod warstwą popiołu. Każdy jego oddech był płytki i urywany, a kiedy próbował się poruszyć, z gardła wydobywał się cichy, urwany jęk.
- Och, panie Mulciber, co za ulga - odetchnęła głęboko, gdy tylko uzdrowiciel pojawił się obok. - Jest pan cały? - Czuła się znacznie pewniej przy kimś wykwalifikowanym, nie stresowała się tak popełnieniem jakiegoś błędu, ukojona pewnością, że ktoś nad nią czuwa. - Bardzo proszę, przyda mi się pomoc. Tyle ludzi… ja nie wiem, co robić… - mówiła cicho, na tyle, żeby inni pacjenci nie zdołali wychwycić strachu w jej głosie. Strach był teraz naturalnym odruchem, ale jednak od magimedyków, od profesjonalistów oczekiwano chłodnej głowy i niesienia pomocy. A Dianie wciąż brakowało doświadczenia z taką skalą tragedii, jaka dziś ogarnęła Londyn.
- Ma płytki, przyspieszony oddech i bardzo słabe tętno. Podejrzewam wstrząs połączony z utratą krwi. Na miejscu zabezpieczyliśmy ranę i unieruchomiliśmy rękę - wskazała prowizoryczne usztywnienie pacjenta na noszach. - Możliwe, że ma obrażenia wewnętrzne, skarżył się na silny ból brzucha, zanim stracił przytomność.
!Nigdy nie przestawaj leczyć