Resztę swej uwagi skupiła na Helloise, powyżej uszu puszczając tego dziadka, co prowadził wywód o tym, jaka to młodzież jest niezainteresowana tym co się w kraju dzieje. Ignorowała skutecznie kolejne słowa obydwu, nie wchodząc w kolejne, bezsensowne dyskusje, bo i po co szargać sobie nerwy. Była pewna, że jeśli jeden z nich wypuści spomiędzy swych warg, coś co jej się nie spodoba, to nie będzie potrafiła utrzymać języka za zębami i któregoś z nich zaatakuje, słownie oczywiście tylko i wyłącznie. Albo i aż. Ku niezadowoleniu ojca, z roku na rok, stawała się co raz mniej posłuszną panną, nabierając coraz większej pewności siebie i przekonania o tym, że jest lepsza od większości czarodziejskiego społeczeństwa i co raz trudniej było jej się powstrzymywać od zupełnie niepotrzebnych przepychanek słownych. Łatwo było Edith wyprowadzić z równowagi; szczególnie, gdy wiadomo było, w którą stronę iść i, które przyciski nacisnąć by się uruchomiła.
Logicznym było żeby się rozejść, powinny pójść; każda w swoją własną stronę, trudno było Edith jednak odmówić, szczególnie że czarownica wydawała się przyjazna. W głowie kołatała się jedna myśl; czy ona aby na pewno nie jest szlamą albo zdrajczynią krwi, jednak to ile razy Helloise wypowiedziała obelgę w rozmowie z staruszkami, podpowiadało Rookwood, że znajduje się w towarzystwie kogoś urodzonego w rodzinie krwi czystej, aczkolwiek odrobinę nieokrzesanego? Nie, to było złe słowo, kogoś, kto niezbyt przejmował się tym, co reszta świata o nim myśli. Było w tym coś przyciągającego, ta cała pewność siebie. Nawet jeśli, nie każdemu ta cecha pewnie pasowała.
Edith pasowała nawet bardzo.
Ruszyła więc, bez zbędnych obaw, bo dlaczego nie? I tak, nikt nie zwracał na ich dwójkę uwagi.
— Nie, dlaczego? — mruknęła, odrobinę zaskoczona. To nie było tak, że mężczyzn nie lubiła. Przydawali się czasem, szczególnie, gdy mało mówili, bo zajęci byli innymi sprawami, ale zbyt wiele razy była świadkiem tego typu rozmów lub z ich strony zachowań, by tego donośnie i z pełną piersią, nie komentować. Bo, Ci, razem z każdym kolejnym procentem krążącym w ich żyłach, wydawali się tracić cząsteczki mózgu odpowiedzialne za myślenie i, nie tyle co logiczne myślenie, ale po prostu takie zwyczajne myślenie. Wprost, proporcjonalnie wzrastała jednocześnie ich pewność siebie i wiara w wyrzucane przez nich, niedbale słowa, zupełnie jakby nagle stawali się specjalistami od wszystkiego i niczego.
— W sensie, jak są to dobrze, ale jak ich nie ma to też nie jest tak źle. — wzruszyła ramionami. — Ci panowie, bardzo pięknie udowodnili co jest z mężczyznami nie tak, widziałaś by starsze panie rozkręcały aferę na środku ulicy, bo ministra, która nie jest szlamą, jest szlamą? Ja nie. Jedyne czego z ich ust doświadczyłam to coś o tym, że za bardzo się garbię albo, że stąpam głośno, jak troll, albo że moje łono niedługo uschnie, więc potrzebuje męża. — to ostatnie usłyszała, gdy miała osiemnaście lat, z ust jednej z nawiedzonych ciotek, co to widujesz tylko od święta, najczęściej z okazji pogrzebu, bo o innych uroczystościach, nikt ciotki nie powiadamia.
— Gdzie tak właściwie idziemy? — spytała w końcu, zaciekawiona. Nie była zbyt przejęta kierunkiem, który obierają, chociaż jeszcze nigdy jej noga nie stanęła pomiędzy tymi budynkami. No cóż, postanowiła się oddać woli nieznajomej, i tak nie miała niczego lepszego do roboty.
torment me. IN DETAIL.