25.10.2022, 18:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2022, 18:31 przez Morgana le Fay.)
Przebywanie o tej porze poza dormitorium niosło ze sobą więcej niż nutę podekscytowania i dreszczyku emocji. Choć tak po prawdzie, na tę szaloną eskapadę zgodziła się głównie dlatego, że obawiała się, iż Brenna nawet bez jej "psiego" nosa wyruszy na poszukiwania tajnego wyjścia. I że właduje się w poważne kłopoty; będąc zaś starszą jakieś dwa lata - patrząc wyłącznie na sam rok - poczuwała się do "bycia tą odpowiedzialną, co pilnuje młodszego rodzeństwa". Choć w tym przypadku należałoby mówić o kuzynostwie, niemniej to już kwestia semantyki, bowiem Bonesówna do Longbottomów podchodziła tak, jakby byli jej rodzonym rodzeństwem.
I nie, skądże znowu, absolutnie nie była zainteresowana potencjalną drogą na zewnątrz, którą można by się cichaczem wymykać, w razie zaistnienia potrzeby. Inna sprawa, jakie by to miały być potrzeby, ale hej - zawsze się coś znajdzie! Jak chociażby Hogsmeade, gdzie można się było zaopatrzyć w stertę łakoci, idealnych do przegryzania przy nauce. Albo przy posiadówie w pokoju wspólnym Gryfonów czy nawet przehandlowywania za drobne przysługi...
... niemniej, gdyby zapytać, to oficjalnym powodem nadal by było "muszę przypilnować, żeby się nie władowała po uszy w bagno" i koniec, kropka - żadna inna wersja nie istniała.
Tak więc skończyła jako swoista czujka, mająca wyczuć niebezpieczeństwo niczym kanarek w kopalni. Czuły węch naprawdę pomagał w uniknięciu niebezpieczeństwa w postaci prefekta czy nauczyciela - a nawet jeśli miały w miarę wiarygodną wymówkę, to... po co musieć przez to przechodzić, a w dalszej perspektywie tracić punkty dla Domu i jednocześnie narażać się na - co najmniej chwilowo - ostracyzm, zwłaszcza jeśli ubytek ten byłby bardzo konkretny? Przynajmniej jechałyby na jednym wózku, choć to marna pociecha...
- Nie mam pojęcia, czasem myślę, że Hogwart jest po prostu złośliwy. Trzeci rok tu jestem i nadal mnie zaskakuje, czasem się zastanawiam, jakim cudem jeszcze wszyscy nie przepadliśmy gdzieś w jego czeluściach - mruknęła. Niemalże dosłownie zastrzygła uszami, gdy rozległ się dźwięk kroków; niuchnęła parę razy, usiłując złapać woń i... nawet nie zdążyła potwierdzić. Ani zaprzeczyć.
Pognała za Brenną, a gdy dostały się do łazienki, po jej zamknięciu oparła się plecami o drzwi, wypuszczając powietrze z płuc.
O mały włos.
Tyle że... nie były tu same. Dziwne, biorąc pod uwagę, iż żadnych dziewcząt tu na dobrą sprawę nie powinno być (tak samo jak ich), a jednak, jednak... i dlaczego nos nic nie podpowiadał?!
- Bren, patrz - szepnęła, wskazując mokrą posadzkę w okolicy jednej z kabin. Woda stopniowo się rozlewała, pochłaniając coraz większe połacie podłogi, a do tego...
... usłyszały szloch.
I nie, skądże znowu, absolutnie nie była zainteresowana potencjalną drogą na zewnątrz, którą można by się cichaczem wymykać, w razie zaistnienia potrzeby. Inna sprawa, jakie by to miały być potrzeby, ale hej - zawsze się coś znajdzie! Jak chociażby Hogsmeade, gdzie można się było zaopatrzyć w stertę łakoci, idealnych do przegryzania przy nauce. Albo przy posiadówie w pokoju wspólnym Gryfonów czy nawet przehandlowywania za drobne przysługi...
... niemniej, gdyby zapytać, to oficjalnym powodem nadal by było "muszę przypilnować, żeby się nie władowała po uszy w bagno" i koniec, kropka - żadna inna wersja nie istniała.
Tak więc skończyła jako swoista czujka, mająca wyczuć niebezpieczeństwo niczym kanarek w kopalni. Czuły węch naprawdę pomagał w uniknięciu niebezpieczeństwa w postaci prefekta czy nauczyciela - a nawet jeśli miały w miarę wiarygodną wymówkę, to... po co musieć przez to przechodzić, a w dalszej perspektywie tracić punkty dla Domu i jednocześnie narażać się na - co najmniej chwilowo - ostracyzm, zwłaszcza jeśli ubytek ten byłby bardzo konkretny? Przynajmniej jechałyby na jednym wózku, choć to marna pociecha...
- Nie mam pojęcia, czasem myślę, że Hogwart jest po prostu złośliwy. Trzeci rok tu jestem i nadal mnie zaskakuje, czasem się zastanawiam, jakim cudem jeszcze wszyscy nie przepadliśmy gdzieś w jego czeluściach - mruknęła. Niemalże dosłownie zastrzygła uszami, gdy rozległ się dźwięk kroków; niuchnęła parę razy, usiłując złapać woń i... nawet nie zdążyła potwierdzić. Ani zaprzeczyć.
Pognała za Brenną, a gdy dostały się do łazienki, po jej zamknięciu oparła się plecami o drzwi, wypuszczając powietrze z płuc.
O mały włos.
Tyle że... nie były tu same. Dziwne, biorąc pod uwagę, iż żadnych dziewcząt tu na dobrą sprawę nie powinno być (tak samo jak ich), a jednak, jednak... i dlaczego nos nic nie podpowiadał?!
- Bren, patrz - szepnęła, wskazując mokrą posadzkę w okolicy jednej z kabin. Woda stopniowo się rozlewała, pochłaniając coraz większe połacie podłogi, a do tego...
... usłyszały szloch.
410