Wczoraj, 22:26 ✶
Pieniek opałowy leżał na niebieskiej Ziemi. Dłoń Zenka zawiesiła się nad piłą. Na biurku ciężko było cokolwiek robić, więc zabrał wszystkie przybory na podłogę. To, co potrzebne do mierzenia, to wszystko miał poupychane gdzieś w dziecięcych szufladach. Było się dzieckiem, to i robiło się. Modele. Na jednej z półek miał wystawkę samolotów wojskowych. Człowiek potem dorósł i nie miał już czasu. Zresztą im więcej Zenek miał centymetrów, tym nowsze cacka zajmowały mu głowę. Elektroniką można się było bawić przy biurku.
Ukucnął nad pieńkiem i wycelował piłę. Ostrza niczym zęby przesuwały się po korze. W pokoju rozlegały się odgłosy szarpanego drewna. Tarcie. Coś ocierającego się o próchno. Nie potrafił lepiej określić tego dźwięku. Drewutni nie posiadał. Cztery ściany absorbowały dźwięki rozrywanego drewna, a Zenek pracował. Pod rękawami koszuli napinały się mięśnie.
Wykonał kilka blaszek drewnianego materiału. Miały one stanowić ścianki pudełka… Wióry obsypały podłogę wokół. Na drewnie się nie znał. Nie miał w sobie zacięcia Septimy, ewidentnie. To, co zrobił, nie wyglądało zbyt dobrze. Drewno użytkowe powinno być bardziej… jednolite. Zaczął skrobać ścianki nożem. Skrob, skrob, a kiedy ta metoda okazała się niezbyt wydajna, przerzucił się na papier ścierny. Nadal miał papier ścierny z techniki, wyobraźcie sobie. Ara procedurę kwitowała milczeniem. Obleciała pokój kilka razy, przestraszona chrupaniem drewna, aż w końcu obrała sobie najwyższą półkę biblioteczki.
Po niezliczonych minutach piłowania, skrobania, polerowania i dłubania Zenek miał przed sobą kilka sztabek drewna. Mocno wyszczerbionych, swoją drogą. Gdy przymykał oczy, potrafił sobie wyobrazić, jak łączyły się w pudełko. Wziął do ręki klej w wysokiej tubce. Przycisnął plastik, aż z końcówki poleciała maź. Obsmarował lepiącą mazią pierwszą krawędź pudełka. Następnie spróbował połączyć dwie sztabki drewna ze sobą. No… klej nie kleił. Przygryzł wargę. Podłogę pokrywała jeszcze większa warstwa drobnych drewnianych wiórków, którymi Zenek niewątpliwie oddychał. Drażniły włoski w nosie, pył trafiał do płuc i Zenek kichał. Matka nie interweniowała.
Ostatecznie wyszło na to, że na stary klej nie skleiła się ani jedna sztabka drewna. Zenek siedział wśród wiórów, w pokrytej wiórami koszuli, z dłońmi cierpkimi od pracy i mocznicową kupą Ary na podłodze. Nadal cechował się niebywałym spokojem. Oddychał ciężko, aż znowu kichnął. No i właśnie dlatego nie posiadał drewutni.
Chwilę poświęcił na wysprzątanie miejsca pracy i usunięcie porażki z oczu. Sztabki drewna wylądowały w kominku, jak gdyby nigdy nic. Potem Zenek wrócił do pokoju i z powrotem zasiadł do biurka. Ujął w dłonie raz jeszcze list od Septimy. I nawet ty… Nawet ty… Nawet Septimę pokonało tamtego wieczora drewno. Zenek nie miał szans. Wyciągnął z szuflady czystą kartkę papieru, podpisał w rogu kartki odpowiedniego adresata i wystosował nowy list. Kolejną prośbę do kolejnego wyrobnika. Na Nokturnie mieli ich dość wielu. Niewielu takich, którym Zenek ufał. Ale podobno Gregorowicze robili różdżki niezgorsze od tych Ollivanderów.
Papuga przyjęła list i wyleciała z pomieszczenia.
Ukucnął nad pieńkiem i wycelował piłę. Ostrza niczym zęby przesuwały się po korze. W pokoju rozlegały się odgłosy szarpanego drewna. Tarcie. Coś ocierającego się o próchno. Nie potrafił lepiej określić tego dźwięku. Drewutni nie posiadał. Cztery ściany absorbowały dźwięki rozrywanego drewna, a Zenek pracował. Pod rękawami koszuli napinały się mięśnie.
Wykonał kilka blaszek drewnianego materiału. Miały one stanowić ścianki pudełka… Wióry obsypały podłogę wokół. Na drewnie się nie znał. Nie miał w sobie zacięcia Septimy, ewidentnie. To, co zrobił, nie wyglądało zbyt dobrze. Drewno użytkowe powinno być bardziej… jednolite. Zaczął skrobać ścianki nożem. Skrob, skrob, a kiedy ta metoda okazała się niezbyt wydajna, przerzucił się na papier ścierny. Nadal miał papier ścierny z techniki, wyobraźcie sobie. Ara procedurę kwitowała milczeniem. Obleciała pokój kilka razy, przestraszona chrupaniem drewna, aż w końcu obrała sobie najwyższą półkę biblioteczki.
Po niezliczonych minutach piłowania, skrobania, polerowania i dłubania Zenek miał przed sobą kilka sztabek drewna. Mocno wyszczerbionych, swoją drogą. Gdy przymykał oczy, potrafił sobie wyobrazić, jak łączyły się w pudełko. Wziął do ręki klej w wysokiej tubce. Przycisnął plastik, aż z końcówki poleciała maź. Obsmarował lepiącą mazią pierwszą krawędź pudełka. Następnie spróbował połączyć dwie sztabki drewna ze sobą. No… klej nie kleił. Przygryzł wargę. Podłogę pokrywała jeszcze większa warstwa drobnych drewnianych wiórków, którymi Zenek niewątpliwie oddychał. Drażniły włoski w nosie, pył trafiał do płuc i Zenek kichał. Matka nie interweniowała.
Ostatecznie wyszło na to, że na stary klej nie skleiła się ani jedna sztabka drewna. Zenek siedział wśród wiórów, w pokrytej wiórami koszuli, z dłońmi cierpkimi od pracy i mocznicową kupą Ary na podłodze. Nadal cechował się niebywałym spokojem. Oddychał ciężko, aż znowu kichnął. No i właśnie dlatego nie posiadał drewutni.
Chwilę poświęcił na wysprzątanie miejsca pracy i usunięcie porażki z oczu. Sztabki drewna wylądowały w kominku, jak gdyby nigdy nic. Potem Zenek wrócił do pokoju i z powrotem zasiadł do biurka. Ujął w dłonie raz jeszcze list od Septimy. I nawet ty… Nawet ty… Nawet Septimę pokonało tamtego wieczora drewno. Zenek nie miał szans. Wyciągnął z szuflady czystą kartkę papieru, podpisał w rogu kartki odpowiedniego adresata i wystosował nowy list. Kolejną prośbę do kolejnego wyrobnika. Na Nokturnie mieli ich dość wielu. Niewielu takich, którym Zenek ufał. Ale podobno Gregorowicze robili różdżki niezgorsze od tych Ollivanderów.
Papuga przyjęła list i wyleciała z pomieszczenia.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.