Zdaniem Atreusa, albo raczej linią obrony, której zamierzałby się trzymać, on był niewinny. To on został napadnięty kiedy siedział sobie przy stoliku i tylko tej whisky było mu cholernie żal. Czy mówił wszystko z premedytacją? Ależ oczywiście. Zawsze taki był; starając się sprowokować oponenta, o wiele rzadziej samemu uderzając pierwszemu. Zabieg trochę ostrożny, jakby wyliczony i okropnie wręcz cwaniacki. Na tego który się bronił, patrzono bowiem przychylniej niż na tego, kto uderzył pierwszy.
Tym razem, przynajmniej, żaden z nich nie był kompletnie zamroczony eliksirem miłosnym. Alkohol szumiał w głowie zupełnie inaczej - sensowniej, jak byłby w stanie to stwierdzić Bulstrode, będąc jego koneserem. Nie wywlekał na wierzch niczego, co nie siedziałoby już w środku. Nie naginał woli człowieka.
Uśmiechnął się lekko, połykając słowa, które gotowy były robić za kolejną zaczepkę, sprawdzając językiem zęby po stronie twarzy w którą dostał. Wszystkie były na miejscu i nawet się nie chwiały.
— To nie ja wpadłem z pizdy do lokalu pełnego ludzi robiąc aferę — zauważył, a potem, kiedy dotarło do niego o co chodziło, roześmiał się w głos. — Chodzi ci o Victorię? Naprawdę? Błagam cię, nie miałbym zamiaru się do niej dojebywać. W żadnym możliwym scenariuszu — syknął trochę, bo śmiech zwyczajnie bolał. — A oświadczyny? A to ci złoto dopiero. Sam już kupiłeś pierścionek, że ci tak zależy? — zapytał z cwaniackim uśmiechem, łapiąc się na tym, że może przesadzał. Uniósł ręce w niewinnym geście. — Tylko żartuję.