15.09.2026, 01:05 ✶
Coś było w tej wodzie przepływającej przez rury Rejwachu. Wizytorzy nie musieli nawet korzystać z łazienki. Wystarczyło, że przestępowali próg Nokturnowego pubu, a słowa same zaczynały ociekać brudem. Tematy kloaczne prędzej czy później dominowały każdą wywiązującą się rozmowę, o ile nikt jej nie nadzorował. Potrzebowali sędziego, jak w piłce nożnej, który wystawiał żółte i czerwone kartki za tematy ocierające się o deskę. Goście nie potrafili sobie z tym poradzić. Pracownicy też nie. Może Woody dolewał im coś do wina, Zenek nie wiedział. Piwo na pewno rozwadniali. Tylko te cięcia kosztów i cięcia kosztów, a człowiek kończył z językiem szorującym po podłodze.
Istniało wiele potraw, które mogły przypominać napletki. Kałamarnice to był mokry sen Żyda. Istniało wiele potraw, które mogły przypominać penisy w ogóle. Te obrzezane albo i nie. Parówki, hot-dogi, banany, bataty, bakłażany, be be be. Smakował cierpkie wino na języku. Tłusty kciuk zostawił na szklance odcisk palca. Asena podejmowała za nim temat, a za nią Lewis, chociaż przecież to Lewis zaczął. A Woody się tylko jeszcze bardziej czerwienił. Widać on nie był Nokturnowym dzieckiem.
Szorstka skórka pokrywająca nogę gęsi przykrywała prawdziwie soczystą część, ociekającą kuchennym tłuszczem. Drobinki soli rozpuszczały się na ślinie i jedynie potęgowały wrażenia smakowe, zioła z drobnymi łodyżkami natomiast wchodziły między zęby. Chyba to było cechą potraw Lewisa: że środek był dobry, ale przed nim czekało wiele takich elementów, wypracowanych latami doświadczeń i kulinarnego wyczucia. Człowiek mógłby od razu dostać się do włókien ptaka i spałaszować pieczeń, ale nie. Najpierw go czekała przeprawa przez tekstury. Z Lewisem ta przeprawa zawsze była tego warta.
Rzucił wzrokiem na stół. Po chwili patrzenia wypatrzył sobie pajdę chleba. Idealnie pasowało do tego masło. No, tylko że na jego oczach ciało Keyleth zaczynało zwijać się dziwnie. Cytrynowa kiecka mignęła w powietrzu, bransolety zabrzęczały, a ciało Keyleth obkurczyło się i obrosło futrem. Zatem na krześle siedziała mała fretka. Nie miał pewności, czy fretki gubią futro, ale ufał, że nie. Bo sobie zamierzał wstać i sobie właśnie nałożyć tego masła. Nachylił się nad pajdą chleba, pozostawiając kość ze szpikulcem i tłuszczem na talerzu. Ujął w dłonie nożyk do masła i zaczął smarować. Masło było ciepłe i nie protestowało.
Brzuch fretki był dziwnie wypukły, wziąwszy pod uwagę, że Keyleth jako kobieta takiego brzucha nie miała. A może miała, ale nie widział. W każdym razie gdzieś ta gęś musiała iść zgodnie z prawem transmutacji. Brzuchata fretka zeskoczyła z siedzenia, a szczuroszczety jak zaczarowane. Za nią, do dziury. Enjorlas z lutnią ani flisak ze skrzypcami by takiego sukcesu nigdy nie odnieśli. Skończyła się miłość dla trzody chmielnej.
Pajda dopełniła tego, czego zabrakło przy samym udzie, a od wina zaszumiło mu w głowie. Chyba tak się od pół roku nie najadł. Co miałoby sens, bo to była chyba pierwsza od miesięcy okazja, żeby się zebrać wokół stołu i nawpierdalać. Lato wyjałowiło głodne brzuchy. Wino było, ale tylko do tańca i śpiewu. Nikt im tak dużo nie gotował, bo i jeść się nie chciało, jak w Londynie szalały umiarkowane angielskie upały.
Podwyżki? Zenek uniósł podbródek i przystrzygł uszami. Słowo podwyżka aktywowało neurony w głowie niczym wino lejące się z dzbana. Czasem pośród kloacznych dowcipów komuś szara komórka zbijała się z drugą, a w głowie powstawał pomysł tak genialny, żeby zrównoważyć pozostałe idiotyzmy. Tym razem padło na Asenę. No i chwała Asenie. Zrobiło mu się ciepło od tego wina, więc wytarł paluchy w serwetkę z jeżykami i poprawił krawędź rozpiętego sweterka. Kurtkę z wierzchu ściągnął i zawiesił na oparciu siedzenia.
Fretka znowu porwała się w górę, okręciła niezliczoną ilość razy wokół własnej osi i przemieniła w Keyleth. Wszystko w mrugnięciu oka. No i znowu jadła. Zenek uparcie dopatrywał się brzucha. Nie do końca nadążał za grami społecznymi, zwłaszcza, gdy odbywały się w atmosferze śmiechu i wesołości. Bo wtedy każdy coś dopowiadał, rozmowa przeskakiwała z jednego łebka na drugiego jak piłeczka w ping-pongu. Umysł Zenka ogarniało wtedy zaciemnienie. Na szczęście tym razem towarzystwo było w miarę wyważone, przy dźwiękach opowiastki (ta-ta-ta-ta-ta) wymyślił dla Keyleth akceptowalne pytanie.
— A, to Keyleth. Kto ci się najbardziej w Rejwachu podoba?
Istniało wiele potraw, które mogły przypominać napletki. Kałamarnice to był mokry sen Żyda. Istniało wiele potraw, które mogły przypominać penisy w ogóle. Te obrzezane albo i nie. Parówki, hot-dogi, banany, bataty, bakłażany, be be be. Smakował cierpkie wino na języku. Tłusty kciuk zostawił na szklance odcisk palca. Asena podejmowała za nim temat, a za nią Lewis, chociaż przecież to Lewis zaczął. A Woody się tylko jeszcze bardziej czerwienił. Widać on nie był Nokturnowym dzieckiem.
Szorstka skórka pokrywająca nogę gęsi przykrywała prawdziwie soczystą część, ociekającą kuchennym tłuszczem. Drobinki soli rozpuszczały się na ślinie i jedynie potęgowały wrażenia smakowe, zioła z drobnymi łodyżkami natomiast wchodziły między zęby. Chyba to było cechą potraw Lewisa: że środek był dobry, ale przed nim czekało wiele takich elementów, wypracowanych latami doświadczeń i kulinarnego wyczucia. Człowiek mógłby od razu dostać się do włókien ptaka i spałaszować pieczeń, ale nie. Najpierw go czekała przeprawa przez tekstury. Z Lewisem ta przeprawa zawsze była tego warta.
Rzucił wzrokiem na stół. Po chwili patrzenia wypatrzył sobie pajdę chleba. Idealnie pasowało do tego masło. No, tylko że na jego oczach ciało Keyleth zaczynało zwijać się dziwnie. Cytrynowa kiecka mignęła w powietrzu, bransolety zabrzęczały, a ciało Keyleth obkurczyło się i obrosło futrem. Zatem na krześle siedziała mała fretka. Nie miał pewności, czy fretki gubią futro, ale ufał, że nie. Bo sobie zamierzał wstać i sobie właśnie nałożyć tego masła. Nachylił się nad pajdą chleba, pozostawiając kość ze szpikulcem i tłuszczem na talerzu. Ujął w dłonie nożyk do masła i zaczął smarować. Masło było ciepłe i nie protestowało.
Brzuch fretki był dziwnie wypukły, wziąwszy pod uwagę, że Keyleth jako kobieta takiego brzucha nie miała. A może miała, ale nie widział. W każdym razie gdzieś ta gęś musiała iść zgodnie z prawem transmutacji. Brzuchata fretka zeskoczyła z siedzenia, a szczuroszczety jak zaczarowane. Za nią, do dziury. Enjorlas z lutnią ani flisak ze skrzypcami by takiego sukcesu nigdy nie odnieśli. Skończyła się miłość dla trzody chmielnej.
Pajda dopełniła tego, czego zabrakło przy samym udzie, a od wina zaszumiło mu w głowie. Chyba tak się od pół roku nie najadł. Co miałoby sens, bo to była chyba pierwsza od miesięcy okazja, żeby się zebrać wokół stołu i nawpierdalać. Lato wyjałowiło głodne brzuchy. Wino było, ale tylko do tańca i śpiewu. Nikt im tak dużo nie gotował, bo i jeść się nie chciało, jak w Londynie szalały umiarkowane angielskie upały.
Podwyżki? Zenek uniósł podbródek i przystrzygł uszami. Słowo podwyżka aktywowało neurony w głowie niczym wino lejące się z dzbana. Czasem pośród kloacznych dowcipów komuś szara komórka zbijała się z drugą, a w głowie powstawał pomysł tak genialny, żeby zrównoważyć pozostałe idiotyzmy. Tym razem padło na Asenę. No i chwała Asenie. Zrobiło mu się ciepło od tego wina, więc wytarł paluchy w serwetkę z jeżykami i poprawił krawędź rozpiętego sweterka. Kurtkę z wierzchu ściągnął i zawiesił na oparciu siedzenia.
Fretka znowu porwała się w górę, okręciła niezliczoną ilość razy wokół własnej osi i przemieniła w Keyleth. Wszystko w mrugnięciu oka. No i znowu jadła. Zenek uparcie dopatrywał się brzucha. Nie do końca nadążał za grami społecznymi, zwłaszcza, gdy odbywały się w atmosferze śmiechu i wesołości. Bo wtedy każdy coś dopowiadał, rozmowa przeskakiwała z jednego łebka na drugiego jak piłeczka w ping-pongu. Umysł Zenka ogarniało wtedy zaciemnienie. Na szczęście tym razem towarzystwo było w miarę wyważone, przy dźwiękach opowiastki (ta-ta-ta-ta-ta) wymyślił dla Keyleth akceptowalne pytanie.
— A, to Keyleth. Kto ci się najbardziej w Rejwachu podoba?
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.