16.09.2026, 00:11 ✶
Była tak skupiona na płótnie, że skrzypnięcie drzwi niemal wyrwało ją z własnych myśli. Drgnęła gwałtownie, choć zaledwie na ułamek sekundy. Pędzel zatrzymał się w połowie ruchu, a cienka smuga farby, która miała znaleźć się na płótnie, zawisła jeszcze na jego włosiu. Dopiero po chwili odwróciła głowę.
Levi.
Przez krótką chwilę patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie dlatego, że jego obecność była niemiła. Wręcz przeciwnie. Był jedną z niewielu osób, których widok w jej pracowni nie wywoływał natychmiastowej irytacji. Problem polegał na czymś zupełnie innym. Pracownia była miejscem, do którego nawet pracownicy galerii nie mieli wstępu. Nie bez powodu. Tutaj znajdowały się rzeczy, których Astoria nie pokazywała nikomu, dopóki sama nie uznała, że nadszedł właściwy moment. A teraz stał w niej Leviathan. I patrzył. Jej palce zacisnęły się nieco mocniej na trzonku pędzla.
Dopiero wtedy przypomniała sobie, co właściwie znajdowało się przed nią. Dwa płótna ustawione obok siebie, każde jeszcze niedokończone, lecz już wyraźnie noszące ślady zamówionej kompozycji. Nie malowała ich dla galerii. Nie były przeznaczone na wystawę. Każde pociągnięcie pędzla wykonywała z myślą o jednym odbiorcy.
Sama świadomość jego nazwiska wystarczyła, by przez jej myśli przebiegła krótka, chłodna fala ostrożności. Rowle wiedział. Był przecież po tej samej stronie. Nie istniał więc oczywisty powód, dla którego miałaby ukrywać przed nim charakter swojej pracy. Nie był przypadkowym kimś przypadkowych, kto później mógłby bezmyślnie powtórzyć zasłyszaną informację przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ale.
Nie wszystko, co można było powiedzieć, należało mówić. Nie przypominała sobie, co prawda, żadnego wyraźnego zakazu. Nikt nie powiedział jej, że ma zachować absolutne milczenie. Nie otrzymała instrukcji, która nakazywałaby traktować samo wspomnienie o zamówieniu jako rzecz tajną. Ale sprawy dotyczące Czarnego Pana miały własny ciężar. Pewne tajemnice nie potrzebowały pieczęci ani podpisu. Wystarczyło rozumieć, dla kogo się pracowało. Przez moment jej wzrok przesunął się z Leviego na płótna. Wszystko nagle wydało jej się podejrzanie odsłonięte.
Nie bała się, że Leviathan ją wyda. Nie o to chodziło. Bardziej niepokoiła ją sama myśl, że wypowiedzenie tego na głos mogłoby uczynić rzecz bardziej rzeczywistą, niż była dotychczas. Dopóki pozostawała pomiędzy nią, płótnem i zamówieniem, była po prostu pracą. Kolejnym zadaniem wymagającym skupienia, dokładności i cierpliwości. Nazwanie odbiorcy zmieniało perspektywę. Szczególnie, że on jeszcze nie wiedział, co zrobiła. Westchnęła cicho i odłożyła pędzel na ceramiczną paletę. Ostatecznie uznała, że skoro już wszedł do miejsca, do którego niemal nikogo nie wpuszczała, nie będzie traktowała go jak intruza.
- Nie przeszkadzasz - powiedziała wreszcie, choć w jej głosie wciąż pobrzmiewała odrobina speszenia. - Tylko… nie spodziewałam się ciebie. Co tu robisz?
Przez chwilę milczała. Potem spojrzała na obrazy.
- To… zamówienie.
Nie powiedziała jeszcze dla kogo. Jakby samo to krótkie zdanie pozwalało jej kupić kilka kolejnych sekund na podjęcie decyzji.
Levi.
Przez krótką chwilę patrzyła na niego z niedowierzaniem. Nie dlatego, że jego obecność była niemiła. Wręcz przeciwnie. Był jedną z niewielu osób, których widok w jej pracowni nie wywoływał natychmiastowej irytacji. Problem polegał na czymś zupełnie innym. Pracownia była miejscem, do którego nawet pracownicy galerii nie mieli wstępu. Nie bez powodu. Tutaj znajdowały się rzeczy, których Astoria nie pokazywała nikomu, dopóki sama nie uznała, że nadszedł właściwy moment. A teraz stał w niej Leviathan. I patrzył. Jej palce zacisnęły się nieco mocniej na trzonku pędzla.
Dopiero wtedy przypomniała sobie, co właściwie znajdowało się przed nią. Dwa płótna ustawione obok siebie, każde jeszcze niedokończone, lecz już wyraźnie noszące ślady zamówionej kompozycji. Nie malowała ich dla galerii. Nie były przeznaczone na wystawę. Każde pociągnięcie pędzla wykonywała z myślą o jednym odbiorcy.
Sama świadomość jego nazwiska wystarczyła, by przez jej myśli przebiegła krótka, chłodna fala ostrożności. Rowle wiedział. Był przecież po tej samej stronie. Nie istniał więc oczywisty powód, dla którego miałaby ukrywać przed nim charakter swojej pracy. Nie był przypadkowym kimś przypadkowych, kto później mógłby bezmyślnie powtórzyć zasłyszaną informację przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ale.
Nie wszystko, co można było powiedzieć, należało mówić. Nie przypominała sobie, co prawda, żadnego wyraźnego zakazu. Nikt nie powiedział jej, że ma zachować absolutne milczenie. Nie otrzymała instrukcji, która nakazywałaby traktować samo wspomnienie o zamówieniu jako rzecz tajną. Ale sprawy dotyczące Czarnego Pana miały własny ciężar. Pewne tajemnice nie potrzebowały pieczęci ani podpisu. Wystarczyło rozumieć, dla kogo się pracowało. Przez moment jej wzrok przesunął się z Leviego na płótna. Wszystko nagle wydało jej się podejrzanie odsłonięte.
Nie bała się, że Leviathan ją wyda. Nie o to chodziło. Bardziej niepokoiła ją sama myśl, że wypowiedzenie tego na głos mogłoby uczynić rzecz bardziej rzeczywistą, niż była dotychczas. Dopóki pozostawała pomiędzy nią, płótnem i zamówieniem, była po prostu pracą. Kolejnym zadaniem wymagającym skupienia, dokładności i cierpliwości. Nazwanie odbiorcy zmieniało perspektywę. Szczególnie, że on jeszcze nie wiedział, co zrobiła. Westchnęła cicho i odłożyła pędzel na ceramiczną paletę. Ostatecznie uznała, że skoro już wszedł do miejsca, do którego niemal nikogo nie wpuszczała, nie będzie traktowała go jak intruza.
- Nie przeszkadzasz - powiedziała wreszcie, choć w jej głosie wciąż pobrzmiewała odrobina speszenia. - Tylko… nie spodziewałam się ciebie. Co tu robisz?
Przez chwilę milczała. Potem spojrzała na obrazy.
- To… zamówienie.
Nie powiedziała jeszcze dla kogo. Jakby samo to krótkie zdanie pozwalało jej kupić kilka kolejnych sekund na podjęcie decyzji.
learn the rules
then break some
then break some