Klasyczna Edith Rookwood, która nawet nie potrafiła mu spojrzeć w piękną buzię i powiedzieć, żeby spadał na drzewo albo pod słup linii wysokiego napięcia. Zamiast tego ignorowała go, jakby był co najwyżej źle pachnącym powietrzem. Nie było mu z tego powodu źle, bo gdyby mógł to w ogóle by się do niej nie odzywał, ale nie oszczędził sobie wywrócenia oczami, oczywiście za jej plecami. Cóż, nie było to trudne, biorąc pod uwagę że postanowiła stanąć tak, żeby zakomunikować również Victorii, że miała zamiar rozmawiać tylko z nią.
— Ich umysły pewnie wyparły to, że ktokolwiek tutaj czaruje — zauważył z pewnym znudzeniem, jakby sam chciał pokazać, że w ogóle mu nie zależy na jakiejkolwiek interakcji z jej osobą. Jeszcze czego, żeby pokazywał jej takie rzeczy. Nie wspominając już o tym, że w swoim towarzystwie mieli Victorię i Atreus był przez to trochę podwójnie czujny, bardzo nie chcąc by było jej niemiło (żeby znowu o coś focha nie strzeliła).
Niemniej jednak, jeśli miało się do czynienia z mugolami chociażby raz, to człowiek zaczynał łapać, jak dziwacznie bywał ich umysł poskładany. Nie wiedzieli o istnieniu magii, więc w momencie kiedy doświadczali jakiegokolwiek ich przejawu, z miejsca próbowali wszystko racjonalizować. Dużo z nich pewnie myślało, kiedy widziało rzucano zaklęcia, że jest świadkiem jakiegoś widowiskowego pokazu fajerwerków i w sumie… czemu by nie. Atreus aż się zastanawiał, czy petard nie wymyślił jakiś czarodziej, żeby podtrzymać Kodeks Tajności.
— Zabawki wariatów — mruknął Bulstrode, ruszając w ślad za Victorią. Nie musiała w sumie nawet kiwać na niego, żeby ruszył z miejsca, bo przecież nie zamierzał stać na środku ulicy w czasie kiedy oni pracowali. — Widziałaś te ich… kaczki? Mają takie żółte i są dziwnie miękkie. Wciąż sztywne, ale je naciśniesz to zmieniają kształt i piszczą… To jest dopiero zabawka wariatów — zmarszczył nos. Kiedyś prowadzili sprawę i przez pewien czas głowili sie na tym, czym były te przedmioty. W końcu jakiś mugolak im wytłumaczył, ale niewiele z tego szło zrozumieć.