16.09.2026, 21:06 ✶
28/10/72
Następnego ranka Zenek smarował obolałe ręce wazeliną, siedział przy stole kuchennym i jadł śniadanie. Matka usmażyła mu placki ziemniaczane.
Dobrze im wychodziło to udawanie, gdy Zenek wracał, że oboje prowadzili tryb życia dzienny. Matka ziewała nad patelnią. Zenek tarł oczy. Po czym szedł opłukać je pod kranem, bo — wazelina. Gdy siadał z powrotem przy stole, spoglądał na niego zwisający z sufitu duch prześcieradłowy. Niebywała konstrukcja składała się z prześcieradła z wyciętymi oczami, zawieszonego na wieszaku, wieszak z kolei zwisał sobie niczym wisielec z żyrandola. Zenek walczył całą siłą aparatu mowy, by się nie wygadać, że duchy tak nie wyglądały na serio. Enjorlas to w sumie by był zajebistym kostiumem.
Synek sąsiada, tłumaczyła się matka marudnym głosem, jakby wyczuwała rozczarowanie Zenka niedostatkiem cekinów. Ten ich sąsiad to już tyle miał krewnych i dzieci, jedne jechały już na studia, inne dopiero się rodziły, gdzieś po drodze sąsiad zmienił sobie żonę. To nie było dobre katolickie sąsiedztwo. Nie, nie. Zbyt wielu Muzułmanów.
Potem zabrała go na przymiarkę jego własnego kostiumu. Zenka aż wcięło, bo nie spodziewał się. On to sobie planował iść po śniadaniu na sklepy, może jakiś second hand, może jakiś charity shop, a tu matka dla niego noce zarywała? Ale było. W salonie pełniącym też funkcję wystawki produktów matki (obecnie prezentującej się jak na planie Rodziny Addamsów), na szafie wisiał przygotowany przez matkę Zenka kostium. Był to… elegancki garnitur o satynowym wykończeniu. Czarne spodnie, czarna marynarka z głębokim dekoltem, opinająca się i kończąca tuż przed nadgarstkami (jak wszyscy wiedzieli, główną ozdobą muzyka). Na manekinie obok zawieszona była długa, satynowa peleryna. Satynowa. Bardziej błyszcząca od garnituru, i czarna jak noc. Idź umyć ręce, rzuciła do niego matka, która najpierw kazała mu te ręce wysmarować. No to umył. A potem zabrał się za dotykanie. Satyna była śliska w dotyku, dokładnie w ten sposób, jaki najbardziej lubił czuć na własnym ciele. Matka zarzuciła mu pelerynę na plecy. Drapowała się jak zasłona, tylko że nie zasłaniała okna, tylko Zenka. No, jak dla niego wypas.
Zdecydował się na pełne przymiarki później, bo leciał na targ staroci. W weekendy był większy ruch, większy ruch oznaczał większy popyt, a Zenek naprawdę chciał mieć pierwszeństwo do podaży. Zarzucił coś na piżamę i poleciał przed siebie. Autobus zabrał go na ulicę co prawie jakby we Włoszech była. Porto… bello. Mieli tam wiele antyków.
Oczekiwania Zenka były całkiem wygórowane. To jest: poszukiwał obrusu, którym mógł obrzucić swój Samhainowy stolik z syntezatorem. Może żeby jeszcze wzmacniacz przykryć, pedały zasłonić. No, zrobić sobie taką przyjemną, intymną budkę konferansjera, jeśli konferansjerką można to było nazwać. A więc obrus, lampki jakieś może, może czarujący świecznik. Lubił starocie, lubił budować klimat. Świecznik powinien być mosiężny; obrus ciężki, błyszczący może, może z gwiazdkami? W końcu znalazł taki czarny, gładki. A potem jeszcze znalazł taką siatkę, prawie jak siatka rybaka. To narzuci w domu jedno na drugie. Z brokatowego brystolu zamierzał wyciąć fioletowe gwiazdy. Poprzyczepiać jakieś pajączki do tej siaty, lampkami przykryć kable, i jeszcze je zaczarować, żeby się rozświetlały wraz z tąpnięciami basu jak na dyskotece. No, w chuj miał pomysłów z tym swoim stoiskiem Samhainowym. Matka bozia czarodziejska by się nie powstydziła wystąpić przy takim. Portobello Road było dla niego łaskawe, tym bardziej że Halloween tuż-tuż, to co sobie Zenek wymarzył, mógł znaleźć jeszcze dodatkowo w sklepach papierniczych dla dzieci.
Sen jest bratem śmierci.