Każde słowo, jakie wypowiadał Artreus brzmiało jakoś tak: blablabla, blablabla, blabla, blablablabla. Piękna była ta umiejętność, tego kompletnego wyłączenia. Ona co prawda często szwankowała, szczególnie że z wiekiem coraz ciężej ignorowało się ludzi, którzy działali na nerwy, ale przecież nie zrobi tutaj sceny przy świadkach i nie rozpocznie tyrady o tym dlaczego jest beznadziejny. Albo przynajmniej jeszcze nie rozpocznie.
No dobra, to nie było tak, że go całkowicie nie słuchała, bo jak ten coś tam gadał z tyłu o jakiś kaczkach, to ucho swoje gumowe już nastawiła. Właściwie to zastanawiała się nawet, po co komu była taka kaczka, tak szczerze? Dla ozdoby? Zabawka dla brudnego, mugolskiego dziecięcia? Czy mugoli nie było stać na coś lepszego niż taki bubel? Chciała się odzywać, powiedzieć cokolwiek, no wtrącić swoje trzy grosze, ale skoro wybrała ignorowanie aurora to już musiała tą drogą podążać. Zresztą można było łatwo zobaczyć, że go słucha teraz i to uważnie, odwróciła się na chwilę w jego stronę, z brwiami zmarszczonymi w geście obrzydzenia, chociaż gdzieś głęboko czaiło się również zaciekawienie. I chyba pierwszy raz od dawna nie było to obrzydzenie skierowane po prostu w jego stronę, chociaż można było się pomylić.
Kiedy już zjawili się obok mugoli, to starała się wyglądać, jak najbardziej neutralnie, może nawet odrobinę przyjaźnie? Próbowała wzbudzić w nich, jak największe zaufanie. Wewnętrznie, no niezbyt dobrze się czuła z tym, że się przed nimi tutaj musi gimnastykować, ale jaka praca, taka praca. Istniały plusy i minusy, jak wszędzie, no i może Edith była trochę masochistką (może hipokrytką), bo pomimo całej tej swojej niechęci do mugoli, dalej z nimi pracowała.
— Dobry wieczór, panowie. — uśmiechnęła się do nich przyjaźnie, miała to szczęście, że w loterii genetycznej dostała naprawdę ładną twarz, która wzbudzała zaufanie. Może gdyby nie, ten dziki makijaż oczu, to ktoś wziąłby ją za dobrą dziewczynę, przez niego wyglądała jednak odrobinę niecodziennie. — Proszę się nie martwić, za chwilę będziecie wolni, muszę jedynie wykonać pewien zabieg… — zatrzymała się na chwilę. Większość z nich była w szoku, ale zbyt byli wystraszeni i onieśmieleni by się teraz z nimi kłócić. Zrobiła kilka kroków do przodu, w stronę tych dwóch co się bili najpierw. Z kieszeni wyciągnęła swoje wahadełko i zaczęła.
— W tym miejscu nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego; niczego nie widzieliście, niczego nie słyszeliście, kolejny zwyczajny dzień. Po prostu, wracaliście z wspólnego spaceru, gdy nagle wasza rozmowa zeszła na zupełnie inny tor. Ty, — swą uwagę skupiła na mężczyźnie, którego oko nieźle napuchło — jesteś właścicielem kaczki, takiej żółtej i piszczącej, gdy się nią naciśnie. Dostałeś ją w dzieciństwie, sam już nie wiesz od kogo. Ty, — tym razem zwróciła się do tego drugiego, z zranioną wargą. — strasznie chciałeś taką kaczkę mieć, więc bardzo jej mu zazdrościłeś. Kaczka jednak zaginęła i nikt nie wie gdzie teraz jest. Ty, właścicielu, posądziłeś swojego towarzysza o kradzież. Ty, jednak się nie przyznałeś i ta sugestia niesamowicie Cię zdenerwowała. Zaczęliście się kłócić, od słowa do słowa doszło do przepychanki. Po wymianie kilku uderzeń, doszliście do wniosku, że kłótnia nie ma większego sensu i pogodziliście się. Teraz, — przerwała na chwilę, by zastanowić się nad co powiedzieć dalej, to nie trwało jednak długo, makaron na uszy kręcić umiała naprawdę pięknie. — Ty pójdziesz do siebie do domu, by szukać tej kaczki, a Ty pójdziesz razem z nim, by mu pomóc. Jeśli żadnej nie znajdziesz to za uszczerbek na zdrowiu, kupisz mu prezent na Yule. Kaczkę. Ty, zrobisz to samo, bo jest Ci głupio, że osądziłeś o kradzież swojego przyjaciela. — przez cały czas, w zależności do osoby, do której mówiła skupiała swą uwagę na innym mężczyźnie. Ich wzrok, gdy używała wahadełka, był nieobecny, ale jednocześnie skupiony na ruchach zawieszki. Cały czas skupiała się na tej kaczce, rysowała w ich głowach, w zależności od osoby na której się koncentrowała, obraz zabawki, ukochanej albo upragnionej. Nie wiedziała co prawda do końca, jak coś takiego wygląda, ale potrafiła wyobrazić sobie kaczkę. Z książek dla dzieci na przykład. — Teraz idźcie. Nie oglądajcie się za siebie, nie wracajcie w to miejsce, a przynajmniej nie dzisiaj i nie jutro. Zapomnijcie, że cokolwiek miało tu miejsce, myślcie tylko o kaczce i o tym, że jest wam głupio, bo prawie powybijaliście sobie zęby z tak trywialnego powodu. — kiedy zakończyła, wstali, jak jeden mąż i ruszyli w jednym, w tylko im znanym kierunku. Dopóki nie zniknęli za rogiem można było usłyszeć rzewne przeprosiny oraz donośną rozmowę o wyższości gumowych kaczek, nad innymi duperelami, umilającymi ludziom kąpiel.
— Wyszło chyba nieźle, co? — na chwilę odwróciła się w stronę obserwującej ją dwójki aurorów. Naprawdę ciekawa była ta inspiracja, jaką zarzucił jej Atreus. Oczywiście, nie miała mu zamiaru dziękować, bo nic nie było w stanie zmienić opinii Edith o czarodzieju, a uważała wprost, że Atreus Bulstrode głupim chujem jest.
torment me. IN DETAIL.