Wczoraj, 16:06 ✶
Émile zobaczył nosze i od razu wiedział, że dla pracowników Szpitala świętego Munga ta noc będzie niezwykle długa i pracowita.
– Nic mi nie jest. Merci – odparł zdawkowo, po czym nachylił się nad noszami. Tego człowieka należało przenieść na salę i zbadać w spokoju. – Proszę się uspokoić, panno Brekker. W tym momencie to my jesteśmy oparciem dla tych ludzi. Oni panikują, więc my tym bardziej nie możemy.
Mulciber uznał, że najlepiej podejść do tego możliwie sucho i metodycznie, a potem płakać w domowym zaciszu nad tym, jak to nie dało się wszystkich uratować. Takie kryzysowe sytuacje były prawdziwym sprawdzianem dla medyka. Oczywiście nikt nie oczekiwał od stażystki, że poradzi sobie od razu ze wszystkim idealnie. Émile normalnie był dość łagodny dla szkolących się medyków. Wiedział, że to jest ich czas na popełnianie błędów, on sam przez to przechodził. Ale teraz… dziewczyna musiała wziąć się w garść. Na szczęście sprawnie zdała raport ze stanu pacjenta i to niepytana.
– Trzeba go położyć w sali i zbadać. Bóle brzucha mogą być spowodowane również silnym stresem, ale nie ma co ryzykować – spojrzał na unieruchomioną rękę, opatrunek wyglądał na dostatecznie szczelny. Przeniósł wzrok na twarz pacjenta. Szybko wyciągnął różdżkę, zapalił światełko za pomocą Lumos i przyjrzał się źrenicom mężczyzny. – To wstrząs pourazowy. Jest bardzo blady, trzęsie się i rzeczywiście pewnie stracił dużo krwi. Trzeba podawać mu eliksir uspokajający, przeciwbólowy a także miksturę krwiotwórczą, ale tą ostatnią przez kroplówkę w małych…
Przerwał mu głos nieznajomego mężczyzny.
– Przepraszam, panie doktorze. Czy znajdzie pan dla mnie chwilę? Ja… chyba zaraz zemdleję.
Głos wybrzmiał dziwnie. Słabowicie, ale bardzo teatralnie. Tak mdlały panny w teatralnych widowiskach, najlepiej operowych. Bynajmniej nie było tak z prawdziwymi ludźmi. A potem rozległ się głośny kaszel, wymuszony i kompletnie nieprzypominający tego, co Mulciber widywał przy swojej lekarskiej praktyce.
Émile spojrzał na człowieka groźnie. Już chciał mu powiedzieć, żeby nie zajmował cennego czasu przeznaczonego dla bardziej potrzebujących pacjentów. Zaraz jednak wziął głęboki oddech i uznał, że nie może poddawać się emocjom.
– Proszę pójść po kubek wody i usiąść spokojnie, dobrze? Niebawem ktoś podejdzie i się panem zajmie – rzekł tonem chłodnego, ale życzliwego profesjonalisty. To musiał być jakiś hipochondryk, nikt o zdrowych zmysłach by nie przeszkadzał lekarzowi w takiej sytuacji. Ten człowiek naprawdę musiał czuć się chory, mimo że raczej nie był. To również było zaburzenie, które należało leczyć. Zaniedbane zaś… mogło doprowadzić do katastrofy.
Nie czekając na odpowiedź kłopotliwego pacjenta, Émile wrócił do tego, który zdecydowanie bardziej potrzebował pomocy.
– Musimy nasmarować go maścią prześwietlającą, by zobaczyć, czy rzeczywiście ma wewnętrzne obrażenia – dodał, siląc się na spokój, gdy za jego plecami hipochondryk odchrząknął z oburzeniem. – Panno Brekker, postaraj się przenieść go na salę, ja pójdę do magazynu po eliksiry. Monitoruj proszę jego oddech i puls.
– Nic mi nie jest. Merci – odparł zdawkowo, po czym nachylił się nad noszami. Tego człowieka należało przenieść na salę i zbadać w spokoju. – Proszę się uspokoić, panno Brekker. W tym momencie to my jesteśmy oparciem dla tych ludzi. Oni panikują, więc my tym bardziej nie możemy.
Mulciber uznał, że najlepiej podejść do tego możliwie sucho i metodycznie, a potem płakać w domowym zaciszu nad tym, jak to nie dało się wszystkich uratować. Takie kryzysowe sytuacje były prawdziwym sprawdzianem dla medyka. Oczywiście nikt nie oczekiwał od stażystki, że poradzi sobie od razu ze wszystkim idealnie. Émile normalnie był dość łagodny dla szkolących się medyków. Wiedział, że to jest ich czas na popełnianie błędów, on sam przez to przechodził. Ale teraz… dziewczyna musiała wziąć się w garść. Na szczęście sprawnie zdała raport ze stanu pacjenta i to niepytana.
– Trzeba go położyć w sali i zbadać. Bóle brzucha mogą być spowodowane również silnym stresem, ale nie ma co ryzykować – spojrzał na unieruchomioną rękę, opatrunek wyglądał na dostatecznie szczelny. Przeniósł wzrok na twarz pacjenta. Szybko wyciągnął różdżkę, zapalił światełko za pomocą Lumos i przyjrzał się źrenicom mężczyzny. – To wstrząs pourazowy. Jest bardzo blady, trzęsie się i rzeczywiście pewnie stracił dużo krwi. Trzeba podawać mu eliksir uspokajający, przeciwbólowy a także miksturę krwiotwórczą, ale tą ostatnią przez kroplówkę w małych…
Przerwał mu głos nieznajomego mężczyzny.
– Przepraszam, panie doktorze. Czy znajdzie pan dla mnie chwilę? Ja… chyba zaraz zemdleję.
Głos wybrzmiał dziwnie. Słabowicie, ale bardzo teatralnie. Tak mdlały panny w teatralnych widowiskach, najlepiej operowych. Bynajmniej nie było tak z prawdziwymi ludźmi. A potem rozległ się głośny kaszel, wymuszony i kompletnie nieprzypominający tego, co Mulciber widywał przy swojej lekarskiej praktyce.
Émile spojrzał na człowieka groźnie. Już chciał mu powiedzieć, żeby nie zajmował cennego czasu przeznaczonego dla bardziej potrzebujących pacjentów. Zaraz jednak wziął głęboki oddech i uznał, że nie może poddawać się emocjom.
– Proszę pójść po kubek wody i usiąść spokojnie, dobrze? Niebawem ktoś podejdzie i się panem zajmie – rzekł tonem chłodnego, ale życzliwego profesjonalisty. To musiał być jakiś hipochondryk, nikt o zdrowych zmysłach by nie przeszkadzał lekarzowi w takiej sytuacji. Ten człowiek naprawdę musiał czuć się chory, mimo że raczej nie był. To również było zaburzenie, które należało leczyć. Zaniedbane zaś… mogło doprowadzić do katastrofy.
Nie czekając na odpowiedź kłopotliwego pacjenta, Émile wrócił do tego, który zdecydowanie bardziej potrzebował pomocy.
– Musimy nasmarować go maścią prześwietlającą, by zobaczyć, czy rzeczywiście ma wewnętrzne obrażenia – dodał, siląc się na spokój, gdy za jego plecami hipochondryk odchrząknął z oburzeniem. – Panno Brekker, postaraj się przenieść go na salę, ja pójdę do magazynu po eliksiry. Monitoruj proszę jego oddech i puls.
Monsieur sans visage
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.
Et quand le soir viendra, l'air sera doux
Qui se jouera, caressant, dans vos voiles,
Et les regards paisibles des étoiles
Bienveillamment souriront aux époux.