30 minut(y) temu ✶
To była tylko prośba o konsultację: w gruncie rzeczy Brenna mogłaby się z tym zwrócić do archeologa nawet gdyby tego nie wciągnięto do zakonnej sesji. I po prawdzie nie wspominała o Zakonie ani słowem, gdy tę prośbę składała, natomiast owszem, powołała się na Jonathana Selwyna, mówiąc, że skierował ją do Guinevere, bo podobno jest chętna do wsparcia w takich sprawach. Aportowała się na kilka skoków do Walii, bo tu podobno McGongall pracowała, sama wykradając na to spotkanie godzinę pośród wielu, wielu rzeczy, które teraz zrobić należało. Musiała dziś jeszcze pojawić się na patrolu, no i chciała przesłać sowę do Atre, który pewnie wróci nocą. Spotkanie w walijskiej knajpie wykorzystywała przy okazji na szybkie śniadanie.
– Muszę przyznać, że walijskie grzanki są niesamowite[/ b] – stwierdziła znad talerza, bo zdążyła zamówić, jeszcze zanim pojawiła się Ginewra. [b] – Chyba w menu nazywa się to… Welsh rarebit? Jakoś tak? Jakbyś miała ochotę, to ja cię tu zaprosiłam, więc ja płacę, oczywiście – zapewniła, uśmiechając się do dziewczyny w przerwach pomiędzy kęsami tosta: dużo roztopionego sera, musztarda, wersja z sosem zamiast z piwem, bo musiała zachować pełną przytomność umysłu. Kawa, ustawiona obok talerza, pachniała oszałamiająco, przynajmniej dla Brenny. Wczorajszy dzień było wiele za długi i wypełniony ganianiną.
Pamiętała ją z Doliny Godryka. Przedstawiono je sobie, a Brenna nawet oprowadzała ją po okolicy, co zakończyło się dość dramatyczną sceną pojednania z Samuelem i teraz mimowolnie szukała rodzinnego podobieństwa w twarzy, choć nie mogła się go dopatrzeć.
– Interesuje mnie pewna czarodziejska legenda, konkretnie z okolic Great Hangleton. Rozmawiałam o niej już z osobą, która nieźle zna się na historii magii, ale w grę wchodzą jakieś tam artefakty… uznałam, że przyda się konsultacja z kimś, kto pewnie miał z takimi rzeczami do czynienia – dodała w ramach wstępu, sięgając teraz, po zjedzeniu pierwszego tosta po kawę.
– Muszę przyznać, że walijskie grzanki są niesamowite[/ b] – stwierdziła znad talerza, bo zdążyła zamówić, jeszcze zanim pojawiła się Ginewra. [b] – Chyba w menu nazywa się to… Welsh rarebit? Jakoś tak? Jakbyś miała ochotę, to ja cię tu zaprosiłam, więc ja płacę, oczywiście – zapewniła, uśmiechając się do dziewczyny w przerwach pomiędzy kęsami tosta: dużo roztopionego sera, musztarda, wersja z sosem zamiast z piwem, bo musiała zachować pełną przytomność umysłu. Kawa, ustawiona obok talerza, pachniała oszałamiająco, przynajmniej dla Brenny. Wczorajszy dzień było wiele za długi i wypełniony ganianiną.
Pamiętała ją z Doliny Godryka. Przedstawiono je sobie, a Brenna nawet oprowadzała ją po okolicy, co zakończyło się dość dramatyczną sceną pojednania z Samuelem i teraz mimowolnie szukała rodzinnego podobieństwa w twarzy, choć nie mogła się go dopatrzeć.
– Interesuje mnie pewna czarodziejska legenda, konkretnie z okolic Great Hangleton. Rozmawiałam o niej już z osobą, która nieźle zna się na historii magii, ale w grę wchodzą jakieś tam artefakty… uznałam, że przyda się konsultacja z kimś, kto pewnie miał z takimi rzeczami do czynienia – dodała w ramach wstępu, sięgając teraz, po zjedzeniu pierwszego tosta po kawę.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.