Wczoraj, 15:40 ✶
Wszyscy zawsze czegoś od niego chcieli. Flynn idź i zrób to i to, przynieś mi tamto, zapytaj się Babki czy nie możesz jej w czymś pomóc. Nie siedź tak, nie garb się. Dlaczego jesteś tutaj sam, skoro wszyscy bawią się razem? Idź do nich. Idź. Idź. Idź. Idź tam. Nie siedź, tylko idź. Może gdyby połamał sobie nogi, to przestaliby mu kazać wszędzie chodzić? Bo bardzo, ale to bardzo chciał uwierzyć w to, że życie miało dla niego inny plan niż bycie wiecznym popychadłem, ale im dłużej jego plan ucieczki się przesuwał, tym bardziej zaczynał wątpić. A co jeśli w Londynie też będzie musiał wszystko za wszystkich robić? Nie, tak nie będzie! Zdążył już zachłysnąć się portowym smrodem i jakoś mu się wryło w głowę, że to właśnie tam miał zaznać niewyobrażalnego szczęścia. Tam, a jeśli nie tam, to gdzieś dalej, ale na pewno nie tutaj, gdzie ciągle zwracano mu uwagę i oczekiwano od niego rzeczy, częstując go przy tym przytłaczającym, matczynym wzrokiem, którego szczerze nienawidził.
Jego matka go przecież nie chciała. Nic mu jej nie zastąpi. Nigdy nie obudzi się pełen szczęścia i energii, bo któryś z Bellów raczył się do niego uśmiechnąć i próbował go uchronić przed niebezpieczeństwami świata. Mieli go za dzieciaka? Dzieciakiem to on nie był już od lat! Nie dało się pozostać nieskalaną duszą w świecie utkanym z ciemności! I nie obchodziło go zupełnie, że ci wielcy „dorośli” podchodzili do jego rozterek pobłażliwie. „Dorośli” też zdawali sobie z tego wszystkiego sprawę, tylko nie lubili o tym mówić i nie lubili go za to, że im o tym przypominał. O tym, że nie byli wcale wielką, szczęśliwą rodziną, tylko gromadą sierot i odrzutków społecznych, spalenizną z dna nieupilnowanego garnka. Zawsze się na niego gapili tak, jakby mieli wypatrzeć coś, gdzie zwykły wzrok nie sięgał, a później uśmiechali się żenująco, kiedy zaskakiwał ich czymś prostym, nie do końca szczerym, ale za to genialnym. W jego rozumieniu – nie potrafili objąć swoim umysłem tego, jak łatwo przyszło mu te zawiłości świata rozgryźć.
Nikt nie będzie mu mówił, co ma robić. Nikt, już nigdy! Nikt!
I chociaż myśli miał pełne patosu, w rzeczywistości nic w jego otoczeniu nie było tak emocjonujące, jak w jego głowie. Nikt się na niego z wyższością ani pobłażliwością nie gapił – chłopak się na tym etapie buntował dla samego buntu – już chyba nawet w tym zaszedł o wiele dalej, niż zachodziły chłopaczki mu podobne, bo coraz częściej oczy mu rozbłyskały nie na wieść o tych rebeliantach podobnych Robin Hoodowi, lecz o faktycznych typach spod ciemnej gwiazdy. Jeśli ktoś się nad nim pochylał, to ze smutkiem zwykle. Nie było wśród jego braci i sióstr nikogo, kto się o niego przynajmniej trochę nie martwił, ale to nie znaczyło przecież, że ktokolwiek wiedział, w jaki sposób mu pomóc. Niektórym trzeba było dać spaść z murku na rozpędzonym rowerze i modlić się, aby najgorszym co mu się przytrafi, będzie siniak. Szkoda tylko, że Flynn na szali stawiał całe swoje życie, a nie potencjalne złamanie kończyny.
Niski, wychudzony, wygolony, z krzywymi zębami, wiecznie zgarbiony, ze szczurzą urodą. Nietrudno go było dostrzec w tym tłumie, bo zwracał na siebie uwagę, będąc ostoją smętności i niezadowolenia z życia wśród ludzi chcących bawić się dobrze i zabić zmęczenie bawiąc się z bliskimi.
Zatrzymał się na dźwięk swojego „imienia” (nie lubił go – ale czy istniało coś, co on lubił, jeśli nie przynosiło mu przyjemności lub ulgi?) i tak się napiął, że nawet w bluzie, w której tonął jak w worku kartofli, widać było, jak przechodzi go po plecach dreszcz. Odwrócił to swoje smutne spojrzenie w kierunku Alice, unosząc ramiona w górę tak, jakby się chciał pomiędzy nimi schować.
– Za głupiego mnie masz? – Z pierwszej łapanki to on nie był! Zresztą, wreszcie miał okazję do zrobienia czegoś, na co normalnie by mu nie pozwolono i zyskiwał aprobatę kogoś innego niż szczur, któremu od jakiegoś czasu rzucał pod wóz okruchy chleba. Pewnie w szoku była jak swobodnie to powiedział, szybko jednak wrócił do swojego standardowego trybu. – A! Ale mmam t-ty-lko nale-ewkę, bo to z bą–belkami – czego wielki i dorosły nazwy przypomnieć sobie nie potrafił – jest w skszyni, a widź-działem, że ma nienaoliwione zz-awia-asy i… – Wywrócił oczami. Nie dokończył i nie zamierzał tłumaczyć jej jak, po co i dlaczego, nie miało też sensu naciskanie na niego, bo i tak ciężko do niego było dotrzeć. Zamiast tego odetchnął, w ten charakterystyczny sposób, jakby miał zaraz powiedzieć coś przełomowego, po czym podwinął lekko bluzę i pokazał jej, że ma pod nią sporych rozmiarów torbę. I do tej torby przyczepiony był metalowy kubek. Mimo tej wielkiej pewności siebie, z jaką tu przyszedł, teraz mimowolnie wbił na moment wzrok w ziemię. Alice… owszem, nie była straszna celowo, ale to nie znaczyło od razu, że w ogóle nie był straszna, kiedy pozowała na obrażoną. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, co zrobił, podskoczył lekko i spojrzał na nią, doszukując się reakcji. Tylko po to, żeby po ledwie dwóch sekundach spanikować i ruszyć w kierunku stosu skrzyń nieopodal ognisk, bo daleko od ognia nie widział prawie nic…
– I-idziesz…? – Obejrzał się przez ramię, z twarzą wykrzywioną tak, jakby się miała za to śmiertelnie obrazić.
@Alice Bell
Jego matka go przecież nie chciała. Nic mu jej nie zastąpi. Nigdy nie obudzi się pełen szczęścia i energii, bo któryś z Bellów raczył się do niego uśmiechnąć i próbował go uchronić przed niebezpieczeństwami świata. Mieli go za dzieciaka? Dzieciakiem to on nie był już od lat! Nie dało się pozostać nieskalaną duszą w świecie utkanym z ciemności! I nie obchodziło go zupełnie, że ci wielcy „dorośli” podchodzili do jego rozterek pobłażliwie. „Dorośli” też zdawali sobie z tego wszystkiego sprawę, tylko nie lubili o tym mówić i nie lubili go za to, że im o tym przypominał. O tym, że nie byli wcale wielką, szczęśliwą rodziną, tylko gromadą sierot i odrzutków społecznych, spalenizną z dna nieupilnowanego garnka. Zawsze się na niego gapili tak, jakby mieli wypatrzeć coś, gdzie zwykły wzrok nie sięgał, a później uśmiechali się żenująco, kiedy zaskakiwał ich czymś prostym, nie do końca szczerym, ale za to genialnym. W jego rozumieniu – nie potrafili objąć swoim umysłem tego, jak łatwo przyszło mu te zawiłości świata rozgryźć.
Nikt nie będzie mu mówił, co ma robić. Nikt, już nigdy! Nikt!
I chociaż myśli miał pełne patosu, w rzeczywistości nic w jego otoczeniu nie było tak emocjonujące, jak w jego głowie. Nikt się na niego z wyższością ani pobłażliwością nie gapił – chłopak się na tym etapie buntował dla samego buntu – już chyba nawet w tym zaszedł o wiele dalej, niż zachodziły chłopaczki mu podobne, bo coraz częściej oczy mu rozbłyskały nie na wieść o tych rebeliantach podobnych Robin Hoodowi, lecz o faktycznych typach spod ciemnej gwiazdy. Jeśli ktoś się nad nim pochylał, to ze smutkiem zwykle. Nie było wśród jego braci i sióstr nikogo, kto się o niego przynajmniej trochę nie martwił, ale to nie znaczyło przecież, że ktokolwiek wiedział, w jaki sposób mu pomóc. Niektórym trzeba było dać spaść z murku na rozpędzonym rowerze i modlić się, aby najgorszym co mu się przytrafi, będzie siniak. Szkoda tylko, że Flynn na szali stawiał całe swoje życie, a nie potencjalne złamanie kończyny.
Niski, wychudzony, wygolony, z krzywymi zębami, wiecznie zgarbiony, ze szczurzą urodą. Nietrudno go było dostrzec w tym tłumie, bo zwracał na siebie uwagę, będąc ostoją smętności i niezadowolenia z życia wśród ludzi chcących bawić się dobrze i zabić zmęczenie bawiąc się z bliskimi.
Zatrzymał się na dźwięk swojego „imienia” (nie lubił go – ale czy istniało coś, co on lubił, jeśli nie przynosiło mu przyjemności lub ulgi?) i tak się napiął, że nawet w bluzie, w której tonął jak w worku kartofli, widać było, jak przechodzi go po plecach dreszcz. Odwrócił to swoje smutne spojrzenie w kierunku Alice, unosząc ramiona w górę tak, jakby się chciał pomiędzy nimi schować.
– Za głupiego mnie masz? – Z pierwszej łapanki to on nie był! Zresztą, wreszcie miał okazję do zrobienia czegoś, na co normalnie by mu nie pozwolono i zyskiwał aprobatę kogoś innego niż szczur, któremu od jakiegoś czasu rzucał pod wóz okruchy chleba. Pewnie w szoku była jak swobodnie to powiedział, szybko jednak wrócił do swojego standardowego trybu. – A! Ale mmam t-ty-lko nale-ewkę, bo to z bą–belkami – czego wielki i dorosły nazwy przypomnieć sobie nie potrafił – jest w skszyni, a widź-działem, że ma nienaoliwione zz-awia-asy i… – Wywrócił oczami. Nie dokończył i nie zamierzał tłumaczyć jej jak, po co i dlaczego, nie miało też sensu naciskanie na niego, bo i tak ciężko do niego było dotrzeć. Zamiast tego odetchnął, w ten charakterystyczny sposób, jakby miał zaraz powiedzieć coś przełomowego, po czym podwinął lekko bluzę i pokazał jej, że ma pod nią sporych rozmiarów torbę. I do tej torby przyczepiony był metalowy kubek. Mimo tej wielkiej pewności siebie, z jaką tu przyszedł, teraz mimowolnie wbił na moment wzrok w ziemię. Alice… owszem, nie była straszna celowo, ale to nie znaczyło od razu, że w ogóle nie był straszna, kiedy pozowała na obrażoną. Kiedy zdał sobie sprawę z tego, co zrobił, podskoczył lekko i spojrzał na nią, doszukując się reakcji. Tylko po to, żeby po ledwie dwóch sekundach spanikować i ruszyć w kierunku stosu skrzyń nieopodal ognisk, bo daleko od ognia nie widział prawie nic…
– I-idziesz…? – Obejrzał się przez ramię, z twarzą wykrzywioną tak, jakby się miała za to śmiertelnie obrazić.
@Alice Bell
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.