18.09.2026, 21:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2026, 23:43 przez Lorraine Malfoy.)
—26/10/1972—
List zabezpieczono standardowym zaklęciem ochronnym.
Londyn, 26 X 1972 r.
Kochana Lorien,
Liczę, że mój list zastanie Cię w dobrym zdrowiu, zwłaszcza, że dawno nie miałam okazji gościć Cię w moich progach. Jak się miewasz? Żywię nadzieję, że od czasu naszej ostatniej wymiany po Spalonej Nocy zdołałaś odzyskać poczucie bezpieczeństwa, i że finalnie sprawa tej straszliwej napaści na Twoją osobę doprowadzona została do szczęśliwego końca. Czy padł już wyrok? Nie natrafiłam na żadną informację, która mogłaby o tym traktować, ale od początku zakładałam, że proces w tej sprawie przebiegał będzie za zamkniętymi drzwiami, w trosce o dobro państwa. Ministerstwo winno pilniej czuwać nad bezpieczeństwem sędziów Wizengamotu. Czy została Ci już przydzielona stosowna ochrona? (Czy jaki przystojny auror upija łyka Twojej kawy, zanim sama sięgniesz po filiżankę, jak królewski podczaszy, gotowy zginąć, jeżeli wychylony trunek okazał się zatrutym? „Wypiliście w tym przeklętym pucharze miłość i śmierć!”, rzeczą Dzieje Tristana i Izoldy. A Tristan odpowiedział wówczas: „Niech tedy przyjdzie śmierć”. Przyznasz, że wizja jest nader romantyczną). Ale przede wszystkim, powiedz mi, czy nie przepracowujesz się zanadto? Wyobrażam sobie, że musicie mieć pełne ręce roboty po ostatnich zamieszkach. Wiem, że ja mam. Wbrew pozorom, nie cieszy mnie to, bo mimo profesji, jaką wybrałam, śmierci nie traktuję jak kapitał — nigdy nie traktowałam. Nie cieszę się, gdy mogę zarobić na pogrzebach: boskim jest żniwo, jakie zbieram, a choć żyję z plonów zerwanych rękoma Staruchy, smutek mój jest matczynym, gdy staję nad rozkopanym grobem. Wszystkieśmy obdarzone wrażliwością Dziewicy, która zna, kiedy nie czas jeszcze odejść: boskimi są zarówno narodziny, jak i śmierć, bo wpisanymi w naturalny bieg ludzkiego życia. Celowo piszę „bieg”, nie zaś „porządek”, bo więcej w naszym życiu chaosu, aniżeli struktury, choć i chaos cechuje swego rodzaju uporządkowanie. Spójrz, oto bowiem odlatują ostatnie letnie ptaki wędrowne. Choć wzbijają się w powietrze bezładną chmarą, pełnymi gracji są zwroty, jakie wykonują w powietrzu. Nie znoszę brutalności broni palnej, która celuje do nich podczas polowań, niby to zabawnym zwyczajem mierząc między skrzydły, a to właśnie czynią Śmierciożercy, burzyciele boskiego dzieła w całej jego rozciągłości. Próbują objąć władztwo nad życiem, uzurpując bogów. Obiecują nowy porządek, bo chcą obalić obecny: atakują zatem urzędników państwowych, choć nie anarchia jest ich celem, lecz dyktatura. Dyktatura terroru ustanowiona marmurem nagrobków, wspaniałością naszych mauzoleów.
Smutno mi patrzeć na to wszystko, Lorien. Boleścią przejmuje mnie trupie żniwo Spalonej Nocy, które wciąż zbieram, choć dawno już nastał dzień. Bo teraz nie ma u mnie już dnia bez pogrzebu. Nazwiesz mnie pewnie naiwną, bo z tak wieloma problemami wielkiej wagi masz do czynienia na co dzień, a ja mówię Ci o rzeczach tak drobnych, że w perspektywie potęgi reprezentowanej przez monumentalne sale Wizengamotu zdają się kompletnie nieistotnymi. Być może zbyt długo pozostawałam zbyt daleko od Malfoy Manor, z którego balkonów rozciągają się widoki pełne spokojnej idylli. Moje okno wychodzi na Nokturn — widok, który mojemu sercu jest bliższy nad ten z posiadłości w Wiltshire. Nie jest to widok piękny. Nie jest to pejzaż okolicy, na którą można patrzeć z obojętnością, lecz zbliżenie na panoramę ludzkich żyć. Podczas gdy w gazecie czytam kolejny artykuł, w którym politycy przerzucają się winą za błędy, zarzucając swoim przeciwnikom słabość, krytykują opieszałość w działaniu… Nie myślę o statystykach, jakie przywołują. Patrzę za okno i widzę kolejnego żebraka, który wyzionął ducha w zaułku. Myślę o dziecku, które w Spaloną Noc zaczepiło wokół mojej szyi brudne rączki. O dziewczynce, która bała się, bo zgubiła w tłumie matkę. Owinęłam ją moim szalem: zastanawiam się, czy tam, gdzie jest, nie jest jej zimno, czy nie jest głodna. Czy znowu się nie boi. Wiem, jak to jest, bać się: przecież i na moją cześć próbował nastawać tamtej nocy osobnik niemagicznego pochodzenia. Najbardziej naiwnym w tym wszystkim jest to, że ja tego człowieka nie winię. Nie boję się go. Nic mi przecież nie zrobił, a samego incydentu nie rozpamiętuję jako krzywdy: to możliwość tego, co mógł zrobić, gdybym była tam sama, przejmuje mnie większą trwogą. Taka już moja natura, kochana Lorien, że wybaczam, chociaż nie zapominam. Być może mam zbyt tkliwe serce. Być może to właśnie tkliwości braknie teraz tak wielu, bo tak wielu zdaje się być bez serca. Co skłania bowiem do postąpienia na drogę nieprawości? Do czynienia krzywdy innym? Cyniczni powiedzą, że wyłącznie okazja, tylko że taka okazja musi wprzódy zaistnieć. Wierzę, że ten człowiek, ten sam, który przestąpił mi wtedy drogę, upojony był nie poczuciem własnej siły — nie poczuciem bezkarności nawet, czy chęcią zadania przemocy — lecz bezradnością. Nie usprawiedliwiam go. Nie usprawiedliwiam tego, co wywrzeszczał mi w twarz, gdy myślał, że jestem moją kuzynką. A jednak święcie przekonana jestem, że nie wszedłby na drogę występku, gdyby nie sytuacja życiowa, w jakiej się znalazł. A nawet wtedy, gdy uderzyłaby go desperacja, nie odważyłby się przecież podnieść ręki na kogoś takiego jak ja. Nie, na pewno nie dopuściłby się nieprawości, gdyby tej nocy Śmierciożercy nie dokonali swego zamachu! Ideologiczne sprawstwo Śmierciożerców rodzi przestępstwa oportunistyczne: Naśladowcy nie pojawiliby się, gdyby nie mieli kogo naśladować. Tak oto, dając przyzwolenie na większe zło, mogliśmy patrzeć na narodziny mniejszego: manifest gminnego lorda z samodzielnego nadania spolaryzował społeczeństwo, popychając nas wszystkich w stronę konfliktu, który jest niczym więcej, jak samonapędzającą się spiralą wzajemnego antagonizmu.
A jakże łatwo jest odpowiadać krzywdą za krzywdę tym, którzy nie pojmują, że krew nasza nie wpisuje się w zwykły bilans zysków i strat.
Nie znam się na odpowiedzialności systemowej, znam się jednak na wierze. Wiem, że grzech rodzi grzech. Boję się, Lorien, bo to wszystko, co się teraz dzieje, nie jest naturalnym, nie jest właściwym. Boję się, a bojaźń moja budzi we mnie gniew. Swojego gniewu też się boję. Czy Ty się czasem gniewasz tak, że masz ochotę, żeby cały świat poczuł ogrom tego gniewu? Byłam gniewna, gdy na mnie napadnięto. Ale znów, gdybym nie wybaczyła temu mugolakowi, gdybym chowała urazę, czy nie umniejszałabym wtedy sobie? Gdyby zostawił choćby jeden siniak na mojej skórze, czy byłoby to zasadnym, zażądać tego samego w retaliacji od Śmierciożercy, który mieni się obrońcą mej krwi? „Uczyń mu to samo, co on uczynił mnie”. Czy cenę za moją skórę mam podawać w skórach mugolaków? Nie wypłaciliby się. Jakże poniżającym jest to wszystko, Lorien. Poniżającym jest pozwalać, aby wyceniali moją krzywdę swoją miarą. Mojej skóry nie wolno dzielić na sztuki. Moja krew jest zbyt cenną, aby nadać jej wartość. Jakże prymitywnym jest żądać głowy mugolaka za włos spadły z mojej głowy. Zezwalając na porównanie się do istoty niższej, nie udowodniasz wcale swojej wyższości, tłumaczyć muszę młodszym kuzynom, chłopcom jeszcze, a choć słusznie burzą się, bo mugolacy wyrządzili naszym bliskim krzywdę tej strasznej nocy, powtarzam, że nienawidzić, mimo wszystko, nie wolno. Jeżeli bowiem społeczeństwo pozostawia biednych, i zdesperowanych ludzi w warunkach, w których przemoc staje się coraz bardziej prewalentną, ludzie ci zaczną odpowiadać przemocą, nieważne, jakie pobudki ideologiczne nimi kierują. Zapewne żadne. Ich ideologią jest przemoc, ich religią — gwałt. Ich prawem jest pięść.
A jednak to pięści obroniły mnie tamtej nocy. Obronił mnie Nokturn, a raczej — jego ludzie. Bo gdy ten nieznajomy próbował mnie skrzywdzić, odepchnęli go, wyśmiali, w solidarności ze mną. „Nokturn broni swoich”. Czy ja jestem Nokturnu, Lorien? Czy Nokturn jest moim? Ja nie należę i Nokturn nie należy. „Nokturn musi bronić się sam”, usłyszałam ostatnio. Wtedy się uśmiechnęłam, bo powiedział mi to jeden stary zakapior z Nokturnu, który mieni się społecznikiem, bo nie dolewa szczyn do piwa. A potem chciało mi się płakać, bo przypomniałam sobie jeszcze inną rozmowę, tym razem z naszym wspólnym znajomym. Rozmowę, w której stwierdził, że z racji jego wysokiego urodzenia i pozycji, wszystko, czego by na rzecz Nokturnu dokonał, byłoby oplutym i odtrąconym. „Nie wmówisz mi, że ten świat przyjąłby mnie z otwartymi ramionami, ukazując swoje piękne przestrzenie w zamian za odrobinę zainteresowania i szacunku.” (Wspomniał też coś o tym, że ktoś z Nokturnu wysłał mu zaszczany podkoszulek? Mężczyźni w tych czasach obnoszą się widać tym, że mogą sikać na stojąco, niby Orderem Merlina). Z tego, co mi wiadomo, obecnie prowadzi rozmowy w sprawie jakiś szeroko zakrojonych inwestycji w Dolinie Godryka. Widać jest to miejsce, w którym z odpowiednią wdzięcznością przyjmą jego pomoc. Na pewno zdjęcia z dziennikarskich relacji będą bardziej malowniczymi: jak tu bowiem przyrównywać sady Abbotów do slumsów Nokturnu? Tamtejsze jabłonie chylą się pokornie, ciesząc oczy złotymi jabłkami — nędza ulicy charczy i pluje. Jabłkiem może co najwyżej rzucić, i to nie złotym — lecz zgniłym. Ja również jestem częścią tego gorszego krajobrazu, więc zdystansowałam się, aby nie psuć jego nienagannego wizerunku. Nie okazuję ani zainteresowania, ani szacunku, i, za pozwoleniem, uważam, że Ty też nie powinnaś, jeżeli wciąż Ci się nie oświadczył, bo to przerażające, jak długo można zwodzić uczciwą kobietę pozorami pomocy, stabilizacji, bezpieczeństwa, bez żadnej deklaracji takowego! Wiem przecież, że śmieją się ze mnie na salonach, że wytykają palcami, gdy się obrócę, a gdy poskarżyłam się na to, stwierdził, że to deluzje, że powinnam to, uważaj, „przepracować”! A więc nie tylko Nokturn musi bronić się sam — w oczach Anthony’ego Shafiqa ja również muszę bronić się sama. Zmęczona jestem już tym nieustannym lawirowaniem między „zbuntowanym dzieckiem”, a „zadufaną w sobie kobietą” w tej jego narracji. Między „miłą towarzyszką”, a jednak kimś „niegodnym zaufania”. Wierzysz mi, że jestem zmęczona? Jakie to przedziwne, że obcy człowiek gotów mnie wspomóc bardziej niż stary przyjaciel, że własna rodzina mniej jest moim losem przejęta, choć w żyłach naszych ta sama krew płynie. Może dlatego nie chcę dywagować nad motywacjami Nokturnu. Chcę, żeby im też ktoś pomógł, tak jak oni pomogli mnie. Aby ktoś ich obronił, tak jak oni obronili mnie. Nie mówię tego z potrzeby wzajemności: chciałam tego już wcześniej, bo, w przeciwieństwie do niektórych, nie czuję potrzeby pomagania wtedy tylko, gdy w zamian mogę liczyć na wdzięczność.
Wiesz o tym najlepiej, nie czuj się w te moje narzekania wciągnięta, bo ciężko mi było na sercu, i potrzebowałam przed kimś wywlec myśli, z których dumna nie jestem, a wiem, że osądzisz mnie w ciszy najwyżej, kręcąc głową nad tym listem. Spytasz, co robię, kiedy nie organizuję pogrzebów i nie popatruję przez okno na, jakby określił to mój stryj, „element społeczny”, zastanawiając się nad życiem: otóż, nie mów nikomu, czytuję książki kucharskie. Jest to zajęcie tak wybitnie niedorzeczne, że mam ochotę sama śmiać się z siebie, bo gotować nie umiem wcale, a jednak zainspirowałam się inicjatywą bardzo szczytną: otóż po Spalonej Nocy na Nokturnie zorganizowano jadłodzielnię. Nie „jadłodajnię”, bo trzeba zapłacić pięć knutów (według mojego brata stryjecznego, za darmo to można co najwyżej dać komuś w zęby, więc „jadłodajnia” od razu brzmiałaby podejrzanie), ale jedzenie, jakie tam podają, jest proste i pożywne. Autorem tejże inicjatywy jest niejaki Lewis McKinnon. McKinnon, powiesz, i wiem, co pomyślisz: obie wiemy, jaką profesją zwykli trudnić się przedstawiciele tego rodu. Zapewniam Cię, że cel jest szczytnym, a chłopiec ów nie trudni się niczym nierządnym, bo pozostaje pod protekcją Woody’ego Tarpaulina, właściciela szynku Rejwach, gdzie pracuje jako kucharz. Niepochlebnie zwykłam myśleć o jakimkolwiek przybytku, w którym można się oddawać pijaństwu, a jednak z pewnym sentymentem zerkam w stronę Rejwachu, bo pan Tarpaulin zawsze był wobec mnie dżentelmenem (nawet jeżeli kiedyś próbował opchnąć Mistrzowi Alhazredowi jakieś przeklęte pudło). Rozmawiałam z nim na temat organizacji jadłodajni w przeddzień Spalonej Nocy, licząc na zaangażowanie w sprawę lokalnego kowenu, jak i kilku nokturńskich przedsiębiorców, ale pomysł widać poszedł w świat, i zaczął żyć swoim życiem, jak wszystkie wielkie idee: zaangażować się nie mogłam więcej niż skromnym datkiem, bo i możliwości mam dosyć skromne… Ale może Ty mogłabyś wspomóc nokturńską jadłodzielnię? Zawsze wysyłasz mi takie przepiękne prezenty na urodziny, kochana Lorien, i chociaż ogromnie jestem wdzięczna za to, że o mnie myślisz, czy mogłabyś, proszę, wspomóc zamiast tego inicjatywy McKinnona? Zbliża się święto, niechże ludzie najedzą się w imię boże, bo przecież czasy tak niepewne. Bądź pewna, że Ty zawsze pozostajesz w moich modlitwach, nieważne od okazji!
Twoja,
Lorraine