18.09.2026, 22:19 ✶
Rozmowa przez kartki była dziwna i wymagała cierpliwości, a tej Moody nie miała aż tyle w swoim życiu. Znaczy teraz, gdy wciąż ją mdliło po teleportacji, nie miała siły nawet się irytować, ale łapała się na myśli, że litery pojawiają się za wolno i odpowiadała może nawet i nieco szybciej niż pytanie w pełni zostało zapisane, próbując domyślić się jego sensu.
– Ej ale to zajebiście, dobrze, że masz fach w ręku, wielu funkcjonariuszy na przyspieszonej emeryturze mogłoby Ci tylko pozazdrościć. – trajkotała, próbując wypełnić ciszę własnym głosem – A zapisałeś się do tego całego cechu… zębatek i… nie czekaj… wynalazków i magitechnologii? – podrapała się po głowie próbując sobie przypomnieć – Jest taki klub jak ten od zielska, tylko dla właśnie kowali i ludzi, którzy lubią grzebać w mechanizmach. Moja serdeczna przyjaciółka – Burke zapewne przeżegnałaby się lewą nogą, gdyby usłyszała, że Moody tak o niej mówi, ale NIEISTOTNE – należy do tego klubu czy związku czy cechu no wiesz no.. grupy. Należy tam i bardzo chwili. Mówi, że wiele się tam nauczyła, teraz chyba nawet ciśnie pieczętowanie w ramach kształcenia ustawicznego. – Wojna nie była w głowie Moody dobrym momentem do zapisywania się do takiego na ten przykład klubu podróżniczego, nawet jeśli sama za kilka dni miała skorzystać z półdarmowych włoskich wakacji. Muzę omijała szerokim łukiem traktując ją raczej jako plejadę burżui tworzących dla burżui. Ale takie zębatki? Spoko sprawa dla kogoś kto miał łeb na karku (czyli nie dla niej).
Pytanie o pracę w policji na chwilę ją ociszyło. Usta spięła w wąską linię i uciekła wzrokiem w bok, temat wciąż był… na tapecie.
– Formalnie tak. – powiedziała w końcu – Ale po Beltane było ze mną kiepsko i no… jest różnie. – Tak na prawdę było już całkiem nieźle, a minione objawy były… minione. Udawało jej się wydębić jednak od magipsychiatry przedłużenie zwolnienia, bo przecież zakon, bo obrazy, bo Morpheus… Powodów zawsze było pizdyliard. Musiało upłynąć jeszcze trochę wody, żeby przyznała choćby sama przed sobą, że głównym powodem było zwyczajnie to, że nie chciała wracać. Tylko i aż. Ukryła twarz w kubku. – A Ty? Nie chciałbyś wrócić?
porywczy I bulgocze pod skórą
– Ej ale to zajebiście, dobrze, że masz fach w ręku, wielu funkcjonariuszy na przyspieszonej emeryturze mogłoby Ci tylko pozazdrościć. – trajkotała, próbując wypełnić ciszę własnym głosem – A zapisałeś się do tego całego cechu… zębatek i… nie czekaj… wynalazków i magitechnologii? – podrapała się po głowie próbując sobie przypomnieć – Jest taki klub jak ten od zielska, tylko dla właśnie kowali i ludzi, którzy lubią grzebać w mechanizmach. Moja serdeczna przyjaciółka – Burke zapewne przeżegnałaby się lewą nogą, gdyby usłyszała, że Moody tak o niej mówi, ale NIEISTOTNE – należy do tego klubu czy związku czy cechu no wiesz no.. grupy. Należy tam i bardzo chwili. Mówi, że wiele się tam nauczyła, teraz chyba nawet ciśnie pieczętowanie w ramach kształcenia ustawicznego. – Wojna nie była w głowie Moody dobrym momentem do zapisywania się do takiego na ten przykład klubu podróżniczego, nawet jeśli sama za kilka dni miała skorzystać z półdarmowych włoskich wakacji. Muzę omijała szerokim łukiem traktując ją raczej jako plejadę burżui tworzących dla burżui. Ale takie zębatki? Spoko sprawa dla kogoś kto miał łeb na karku (czyli nie dla niej).
Pytanie o pracę w policji na chwilę ją ociszyło. Usta spięła w wąską linię i uciekła wzrokiem w bok, temat wciąż był… na tapecie.
– Formalnie tak. – powiedziała w końcu – Ale po Beltane było ze mną kiepsko i no… jest różnie. – Tak na prawdę było już całkiem nieźle, a minione objawy były… minione. Udawało jej się wydębić jednak od magipsychiatry przedłużenie zwolnienia, bo przecież zakon, bo obrazy, bo Morpheus… Powodów zawsze było pizdyliard. Musiało upłynąć jeszcze trochę wody, żeby przyznała choćby sama przed sobą, że głównym powodem było zwyczajnie to, że nie chciała wracać. Tylko i aż. Ukryła twarz w kubku. – A Ty? Nie chciałbyś wrócić?
porywczy I bulgocze pod skórą