2 godzin(y) temu ✶
Uniósł wzrok znad stóp kolegi. Patrzył długo. — To ciekawe, jak on bez prądu tam dłubie. I co robi? Rozkręca? Przerabia? — Zenek się w oczach ożywił. Świeciło mu z oczu jak iskry lecące z portu syntezatora, ale póki co się wstydził wpraszać do rodowej szopy.
Gdyby Billius o cokolwiek z tej reakcji na różdżkę go zapytał, Zenek odpowiedziałby skonfundowaniem. Pomrugałby parę razy w miejscu. "No co ty, to tylko różdżka", opuściłoby w końcu jego aparat gębowy, chociaż zrozumienie pojęcia gestu zaufania nie wykraczało poza jego zdolności umysłowe. Jednak punkt widzenia, punkt siedzenia, a tam, gdzie Zenek siedział, wręczenie narzędzia do pogrzebania w siostrze nie było wcale swataniem. Bardziej rozcięciem powłok brzusznych i obejrzeniem, jak jej jelita wyglądają w świetle dnia, przy wspólnym brechtaniu się w jej krwi.
Billius przejął pałeczkę, Zenek mu ją oddał i przesunął się na krzesełku do tyłu. I patrzył. Czy był tego świadomy czy nie, właściwie z każdą chwilą coraz bardziej — zapoznany kolega był z jednej z bardziej znanych rodzin. Dźwięk nazwiska powinien coś Zenkowi robić w mózgu. Sęk w tym, że na tamtym etapie jeszcze niewiele robił. Weasley był rudy, podchmielony, jego tata był zboczeńcem sprawy mugolskiej (czyli zachowywał się jak mugol zwykły), a zainteresowania spływały na synów.
— Czemu by pluli? — zerknął na kufel, gdy układał to sobie w głowie. — A, w sensie że pijesz? Chlejesz? Jakieś krzywe akcje? — czego Zenek w sumie nie wiedział, to czy poza sprzętami Weasleyowie nie zajmowali się jeszcze dystrybucją piwa czy trunków. Bimbrownictwem może. To by tłumaczyło deklarowaną barmańską niechęć.
No, ale w Rejwachu było w pytę, tego żaden nie musiał powtarzać.
Różdżka wylądowała w porcie, a Billius, zgodnie z poleceniem, zaczynał kręcić. Sprzęt się nieco podekscytował. Tak, jak ciskał iskrami cały wieczór, tak teraz to wyładowanie znalazło ujście w wystającym badylu. Momentalnie wszystkie błyskawice uszły przez różdżkę z klawiszy prosto do palcy Weasleya, przy dźwięku bzzt. Billius dobrze sobie radził, więc Zenek nie widział potrzeby interweniować. Oparł ręce o kolana, by widzieć lepiej.
— No, tak się to robi. — kiwał głową z miną eksperta. — Jak chcę, żeby działało, to wkładam różdżkę do końca i zostawiam już. Człowiek musi sobie jakoś radzić bez prądu. Wiesz, co to prąd? — miał nadzieję, że wiedział. Bo jak nie… — Bo jak nie, to ja ci chętnie wytłumaczę, tylko chyba mi potrzebna kartka do rozrysowania tego. Chodź, kupię ci piwo, Weasley.
Gdyby Billius o cokolwiek z tej reakcji na różdżkę go zapytał, Zenek odpowiedziałby skonfundowaniem. Pomrugałby parę razy w miejscu. "No co ty, to tylko różdżka", opuściłoby w końcu jego aparat gębowy, chociaż zrozumienie pojęcia gestu zaufania nie wykraczało poza jego zdolności umysłowe. Jednak punkt widzenia, punkt siedzenia, a tam, gdzie Zenek siedział, wręczenie narzędzia do pogrzebania w siostrze nie było wcale swataniem. Bardziej rozcięciem powłok brzusznych i obejrzeniem, jak jej jelita wyglądają w świetle dnia, przy wspólnym brechtaniu się w jej krwi.
Billius przejął pałeczkę, Zenek mu ją oddał i przesunął się na krzesełku do tyłu. I patrzył. Czy był tego świadomy czy nie, właściwie z każdą chwilą coraz bardziej — zapoznany kolega był z jednej z bardziej znanych rodzin. Dźwięk nazwiska powinien coś Zenkowi robić w mózgu. Sęk w tym, że na tamtym etapie jeszcze niewiele robił. Weasley był rudy, podchmielony, jego tata był zboczeńcem sprawy mugolskiej (czyli zachowywał się jak mugol zwykły), a zainteresowania spływały na synów.
— Czemu by pluli? — zerknął na kufel, gdy układał to sobie w głowie. — A, w sensie że pijesz? Chlejesz? Jakieś krzywe akcje? — czego Zenek w sumie nie wiedział, to czy poza sprzętami Weasleyowie nie zajmowali się jeszcze dystrybucją piwa czy trunków. Bimbrownictwem może. To by tłumaczyło deklarowaną barmańską niechęć.
No, ale w Rejwachu było w pytę, tego żaden nie musiał powtarzać.
Różdżka wylądowała w porcie, a Billius, zgodnie z poleceniem, zaczynał kręcić. Sprzęt się nieco podekscytował. Tak, jak ciskał iskrami cały wieczór, tak teraz to wyładowanie znalazło ujście w wystającym badylu. Momentalnie wszystkie błyskawice uszły przez różdżkę z klawiszy prosto do palcy Weasleya, przy dźwięku bzzt. Billius dobrze sobie radził, więc Zenek nie widział potrzeby interweniować. Oparł ręce o kolana, by widzieć lepiej.
— No, tak się to robi. — kiwał głową z miną eksperta. — Jak chcę, żeby działało, to wkładam różdżkę do końca i zostawiam już. Człowiek musi sobie jakoś radzić bez prądu. Wiesz, co to prąd? — miał nadzieję, że wiedział. Bo jak nie… — Bo jak nie, to ja ci chętnie wytłumaczę, tylko chyba mi potrzebna kartka do rozrysowania tego. Chodź, kupię ci piwo, Weasley.
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.