— Bo chcę zobaczyć, jak Woody nam daje podwyżkę — zaśmiał się w odpowiedzi na pytanie Aseny, dlaczego właściwie pytanie lub wyzwanie. Innej odpowiedzi właściwie nie miał, po prostu to było pierwsze, co mu przyszło do głowy. Wszyscy wiedzieli, że Rejwach miał swój szklany sufit podwyżek, nawet jeżeli Woody był na prawdę świetnym szefem, zwyczajnie dlatego, że klienci Rejwachu nie byli krezusami, którzy sypaliby monetami na prawo czy lewo, jak bywalcy lokali na Horyzontalnej. To było zwyczajnie nie możliwe, zwłaszcza, kiedy Tarp przygarniał coraz więcej pracowników.
— Mi dajcie coś soczystego. Chcę was zaskoczyć, bo za pół godziny spierdalam na Mabon do Kościanego.
Oparł się łokciami na stole, przypatrując każdemu z sympatią, jakby polował na jakieś słabości. Gdyby był leglimentą, właśnie teraz skanowałby ich czerepy, żeby wyszukać te myśli: "Oby nikt nie zapytał o to co robiłam w zeszły piątek". To byłoby zabawne. Trochę żałował, że nigdy się tego nie nauczył, ale z drugiej, wtedy pewnie już nigdy by nie zobaczył światła dnia, gdyby wpadł w robocie i byłby ostry przypał. Nie sądził, aby ktoś próbował go uwolnić z pudła, nawet pośród jego przyjaciół i myślał o tym bez gniewu, złości czy goryczy. Takie były realia Nokturnu.
— Oooo! Dobre Zinon, dobre. No, KayKay, wyskakuj.
TO COLLECTIVE PROBLEMS