— Nie wiem czy wysłanie czegoś do naczelnika więzienia czy tej kurwy Fontaine to dobry pomysł. Natomiast ja bym tak… do tego… no, jak jej tam… — Lewis pstryknął palcami, próbując sobie przypomnieć imię burżujskiego kurwiszona, ale ciągle mu uciekało. — Tych tam, kurwa, no… nie Shafiq, chociaż jemu też. Jakiś typ mu graffiti na murku zrobił, butoliz jebany. Dobra, nie ważne, nie mogę sobie przypomnieć o kogo mi chodziło. Na pewno się ktoś znajdzie.
W głowie analizował popełnione błędy, ale zaraz głowa powędrowała mu do ustawień w kuchni Wiwerna i ich zaopatrzenia, próbując rozgryźć, czy mieli coś, co mógłby im zajebać, nawet nie dosłownie, ale w kontekście idei. Nie przypominał sobie jednak niczego, co byłoby ciekawe i godne szacunku. Zresztą, co się dziwić, to był Wiwern, ha tfu. Nie mógł jednak powiedzieć, że nie brakowało mu tego dreszczyku emocji związanego z działalnością rabunkową. Ale proszę panie władzo, to nie rabunek, my dajemy, jak Robin Hood.
— Ze złamanym też byś dobrze wyglądała. Taki… Nokturnowy akcencik — zabrechtał, siadając na odwróconym wiadrze i wyciągając nogi do przodu. — Zajebiście zardzewiałem, muszę się więcej włamywać do ludzi, żeby nie wyjść z wprawy. — Stwierdził, opierając głowę o ścianę i zaplatając ręce na piersi. — Teraz ja, odtransmutuj mi mordę.
TO COLLECTIVE PROBLEMS