Coś w jej tym nosie poprzestawiało się chyba ponad wszelki rozsądek. Robienie więc tego na ślepo, nie było najlepszym pomysłem. Syknęła, zaklęła i uśmiechnęła się krzywo, czując jak oczy jej trochę wilgotnieją, bo magia kręcąca się w zatokach do najprzyjemniejszych nie należała, szczególnie kiedy siała tam spustoszenie. Będzie musiała siąść w swoim pokoju, popatrzeć w lustro, a potem powoli i precyzyjnie to wszystko naprostować, żeby wyglądać jak człowiek.
W tym wszystkim przysłuchiwała się Lewisowi, próbując skojarzyć o kogo mogło mu chodzić. Shafiqowie brzmieli trochę absurdalnie, bo skąd na Nokturnie by się ktoś taki kręcił? Na pewno tylko po to, by coś knuć. Graffiti też jej aktualnie nic nie podpowiadały, ale była w stanie sobie to zapominalstwo i niewiedzę wybaczyć, szczególnie że aktualnie myśli krążyły wokół jej nosa i tego, że znowu udało się poczuć posmak krwi na języku. Mimowolnie potarła nasadę, ale tylko się na to skrzywiła.
— A dziękuję, nie zamierzał się wzbraniać przed komplementami — uśmiechnęła się do McKinnona. — Ale twoje słodkie słowa niestety nie zmienią faktu, że ja w sumie to bardzo lubię swój aktualny nos. Z resztą, rany zebrane złym zaklęciem, a nie w boju to takie… no nie ma się czym chwalić — machnęła ręką, podchodząc do niego. — A teraz się nie ruszaj, żebym się nie omskła — ostrzegła go, stając nad nim okrakiem, żeby mieć lepszy kąt widzenia i wszystko było symetrycznie. A potem zaczęła rzeźbić i doprowadzać jego nos to oryginalnego stanu.
Blood is rare and sweet as cherry wine