Argumenty Benjy'ego… niekoniecznie do niej trafiały, ale nie zamierzała zbyt głośno się tym dzielić. Jasne, istniały sytuacje, w których można było próbować sobie radzić samemu, jednak coś tak ryzykownego, jak remont dachu nie do końca wydawało się jej jedną z nich. Jeśli jednak zamierzał spróbować nie mogła podcinać mu skrzydeł, czyż nie? Wypadało, aby jak przystało na wspierającą żonę kibicowała mu podczas tego przedsięwzięcia. Na szczęście potrafiła szybko udzielać pomocy medycznej, gdyby taka potrzeba się pojawiła. Wydawało jej się, że akurat spadnięcie z dachu mogło go dość mocno zaboleć, musiała więc mieć na uwadze to, aby w najbliższym czasie odpowiednio zaopatrzyć ich domową apteczkę, kto wie kiedy postanowi sprawdzić się bowiem w tej dziedzinie.
- To dobrze, wolałam zapytać, gdybyś jednak nie zdawał sobie z tego sprawy. - Nie zamierzała drążyć tego tematu, nie chciał korzystać z pomocy fachowca? Doskonale, chętnie będzie świadkiem tego, jak sam sobie poradzi z remontem dachu. Jeśli trzeba będzie zorganizuje sobie nawet wolne w pracy z tej okazji, byleby tylko nie przegapić tego, jak zacznie swoje działania.
Nie sądziła, że jej sugestia będzie miała jakąkolwiek siłę przebicia. Jeśli już stwierdził, że zrobi to sam, to nie było innej możliwości. Jej mąż bywał cholernie uparty, z czego zdawała sobie sprawę.
Cóż, mocowanie wianka przy żyrandolu mogło być pierwszą próbą, przy dachu drabina powinna być chyba nieco większa, czy w ogóle naprawiało się dach z poziomu drabiny, czy siedząc na nim? Nie miała pojęcia. Obserwowała jednak poczynania swojego małżonka w salonie. Z początku wszystko wydawało się być w najlepszym porządku, jednak schody pojawiły się bardzo szybko… drabina odmówiła posłuszeństwa, a Benjy wylądował z hukiem na parkiecie.
Prue zareagowała odruchowo, nie mogła przecież stać w miejscu, kiedy ten na podłodze walczył o życie, to znaczy musiała sprawdzić, że tego nie robił. Definitywnie trochę się potłukł, na szczęście jednak wyglądał na całkiem żywy okaz, oddychał, ruszał się, co było dobrymi znakami.
- Nie, liczę te, które przed sekundą zostały uszkodzone. - Być może już na początku powinna to sprecyzować, bo faktycznie jej mąż miał pewne braki w uzębieniu z czego zdawała sobie sprawę. Powinna podpiąć go pod swoje ubezpieczenie medyczne, zdecydowanie, że też wcześniej na to nie wpadła.
Nie umknęło jej to głośne wypuszczenie przez niego powietrza. Cóż, powinien się spodziewać tego, że po takim upadku nie odpuści mu tych dokładnych oględzin. Musiała się upewnić, że faktycznie był cały i zdrowy, taka już była jej rola, być może on był uparty na swój sposób, jednak jej też nie można było tego odmówić.
- Nie wiem, czy już stąd nie zwiała. - Przeniosła jednak wzrok w stronę wieńca, żeby nie było. - Tak, nie ma jej tam, na to już chyba za późno. - Oczywiście tylko się z nim droczyła, wypadki chodziły po ludziach… po niektórych częściej niż po innych. - Chodź, pomogę Ci wstać. - Było to całkiem odważne stwierdzenie zważając na jego gabaryty, ale nie mogła przecież tak po prostu stać obok, kiedy on leżał na podłodze, musiała wesprzeć go swoim ramieniem.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control