23.09.2026, 11:53 ✶
Przymknął oczy tylko na chwileczkę. Za powiekami miał brokat. Nie, trochę głębiej. W głowie. W uszach nadal szumiło mu Led Zeppelin. Ktoś właśnie okręcił mu kolorowe boa wokół szyi. I chyba tak już zostało do końca imprezy. Pod rękami miał dyski. Dwa obok siebie, na konsolecie. Już gotował się, by przełączyć na drugi. Trzeci i czwarty. No trochę tych Zeppelinów było w kolekcji. I poszło. Riff. Wanna-wholotta love. Wanna-wholotta love. Gdy zwrócił oczy na towarzystwo, Hannibalowi się ewidentnie podobało. To znaczy ciałem, tak? Za to Zenkowi płacili.
Hannibal, skąd on to znał. No przecież to ten muzyk z Muzy, z którą się Zenek nie kontaktował, bo działał niezależnie… Czyli dla VIPów musiało być.
Coś mu podeszło do gardła i kaszlnął. Powiało alkoholem. Kaszlnął po raz drugi. Na koniec języka sfrunął cekin plastikowy. Hatfuu, splunął, a świniak chrumknął. Jeszcze słoni im tam brakowało. W tym barłogu.
Na tamtym etapie już musiał się podnieść, bo zadano mu pytanie natury filozoficznej. Podparł się o świnię i stanął na nogi.
— Nie wiem, Hanni — co brzmiało jak honey — Świni nie było w programie.
Wbrew widocznej na pierwszy rzut oka kondycji, Zenek nieźle się trzymał. Latami wyrabiał tolerancję na alkohol samym faktem, że jako wodzirej-DJ-muzyk każdy chciał się z nim zawsze napić. No bo co, artysta się z nimi nie napije? To i pił. Za to też mu płacili. Potrafił potem grać czy miksować kawałki w dowolnych warunkach. Wszyscy wokół tonęli, ale orkiestra grała dalej. Znaczy Zenek.
Hannibal też się już rozglądał po ich nowym lokum do aftera, i znalazł kurek od wody. Wartka woda była spełnieniem marzeń dla Zenka, ale póki co nadzorował.
— Hej, ale ty ładnie się do tych świni odzywaj — usiłowało opuścić jego aparat gębowy, nawet jeśli na zewnątrz wyszło coś o wiele mniej składnego.
Umysł nie dotarł do paskudnego zapachu i zasadniczego pytania, czy odebrał wypłatę, bo wrota obory rozwarły się, do środka wpadło oślepiające światło dnia, a z nim farmer w kaloszach. Zenek zakrył ręką oczy. A potem i uszy, bo farmer miał zero szacunku dla skacowanych. Potem już w ogóle jego ręce wylądowały po obu stronach głowy, bo próbował ustalić, co się właściwie działo. Świniaki, gorzkie? Jego kolega świniak? Spanikowanym wzrokiem obleciał świnię leżącą w błotku.
— Nie… — zaczął do siebie, potem głośniej — Nie. Ja nie pozwalam.
Stanął przed świniakiem w zdecydowanej pozie, ręce założył na klatkę. I tak został.
Farmer ruszył jak taran przed siebie. Wyminął Zenka, co dziwne. Zenek okręcił się za nim, by ogarnąć, gdzie właściwie idzie. A szedł w stronę ściany z kurkiem. Tam, gdzie Hannibal. Farmer przekraczał płotki i już prawie był na miejscu. Skacowany umysł Zenusia nie rozumiał tego zupełnie. A potem zobaczył, że pod kranem leżał wąż do oblewania świniaków wodą…
Hannibal, skąd on to znał. No przecież to ten muzyk z Muzy, z którą się Zenek nie kontaktował, bo działał niezależnie… Czyli dla VIPów musiało być.
Coś mu podeszło do gardła i kaszlnął. Powiało alkoholem. Kaszlnął po raz drugi. Na koniec języka sfrunął cekin plastikowy. Hatfuu, splunął, a świniak chrumknął. Jeszcze słoni im tam brakowało. W tym barłogu.
Na tamtym etapie już musiał się podnieść, bo zadano mu pytanie natury filozoficznej. Podparł się o świnię i stanął na nogi.
— Nie wiem, Hanni — co brzmiało jak honey — Świni nie było w programie.
Wbrew widocznej na pierwszy rzut oka kondycji, Zenek nieźle się trzymał. Latami wyrabiał tolerancję na alkohol samym faktem, że jako wodzirej-DJ-muzyk każdy chciał się z nim zawsze napić. No bo co, artysta się z nimi nie napije? To i pił. Za to też mu płacili. Potrafił potem grać czy miksować kawałki w dowolnych warunkach. Wszyscy wokół tonęli, ale orkiestra grała dalej. Znaczy Zenek.
Hannibal też się już rozglądał po ich nowym lokum do aftera, i znalazł kurek od wody. Wartka woda była spełnieniem marzeń dla Zenka, ale póki co nadzorował.
— Hej, ale ty ładnie się do tych świni odzywaj — usiłowało opuścić jego aparat gębowy, nawet jeśli na zewnątrz wyszło coś o wiele mniej składnego.
Umysł nie dotarł do paskudnego zapachu i zasadniczego pytania, czy odebrał wypłatę, bo wrota obory rozwarły się, do środka wpadło oślepiające światło dnia, a z nim farmer w kaloszach. Zenek zakrył ręką oczy. A potem i uszy, bo farmer miał zero szacunku dla skacowanych. Potem już w ogóle jego ręce wylądowały po obu stronach głowy, bo próbował ustalić, co się właściwie działo. Świniaki, gorzkie? Jego kolega świniak? Spanikowanym wzrokiem obleciał świnię leżącą w błotku.
— Nie… — zaczął do siebie, potem głośniej — Nie. Ja nie pozwalam.
Stanął przed świniakiem w zdecydowanej pozie, ręce założył na klatkę. I tak został.
Farmer ruszył jak taran przed siebie. Wyminął Zenka, co dziwne. Zenek okręcił się za nim, by ogarnąć, gdzie właściwie idzie. A szedł w stronę ściany z kurkiem. Tam, gdzie Hannibal. Farmer przekraczał płotki i już prawie był na miejscu. Skacowany umysł Zenusia nie rozumiał tego zupełnie. A potem zobaczył, że pod kranem leżał wąż do oblewania świniaków wodą…
I miss the kiss of treachery, the shameless kiss of vanity.