Spalona Noc była istnym koszmarem i piekłem na ziemi. Żar zdawał się buchać z każdej możliwej strony, otulając nieprzyjemną warstwą popiołu i kurzu. A mimo tego, kiedy ciało Aseny zamknęło oczy, odcinając ją od świadomości, przyszły do niej jej własne, najgorsze koszmarki. Była znowu w domu na Nokturnie. Starej, zniszczonej kamienicy, która ledwo mieściła w sobie dwoje dorosłych i siódemkę dzieci. Wszystko śmierdziało wilgocią i pewnie zwykły człowiek nie zwracał na to uwagi, ale wilczy nos podłapywał coś jeszcze, co snuło się korytarzami i oplatało mackami całe domostwo. Kiedy była mała, nigdy nie zbliżała się sama w kierunku, w którym zapach był najsilniejszy. Tam zwykle zaciągał swoje dzieci Fenris, nie zwracając uwagi na ewentualne obiekcje. A mimo ten wzdrygania się, tym razem szła, dłonią wodząc po ścianie, która znajdowała się najbliżej niej, i po obdartej tapecie którą na niej przyklejono.
Korytarz wydawał się jej dłuższy, niż pamiętała. Ciągnął się nieubłaganie, a może to ona miała taki problem z chodzeniem? Sama już nie była pewna, ale dało się zauważyć zmiany, znaczy posuwała się do przodu. Na zielonej tapecie z motywem liści, dało się zauważyć inne zadrapania i plamy. Dywanik pod nogami też się skończył, na co zaczęły skrzypieć lekko deski. Światełko, które wylewało się na podłogę przez szparę w drzwiach, też było coraz bliżej i bliżej. W końcu doczłapała się i bez wahania otworzyła wejście. Popielny zapach uderzył ją w nos, a ona skrzywiła się mimowolnie. Coś bulgotało w kociołkach, tajemnicze fiolki były poustawiane równiutko na półkach, a pochylona męska sylwetka, siedziała do niej plecami, notując coś w dzienniku i obracając w dłoni wąską buteleczkę, z ciemną cieczą w środku.
— Wreszcie wróciłaś do domu — odezwał się ojciec, nie odwracając się nawet i stawiając ostatnie litery na pergaminie. — Mam coś dla ciebie.
Śmierdziało coraz gorzej, jakby ktoś podsunął jej zawartość któregoś z kociołków pod nos. Wzdrygnęła się, coś podeszło jej do gardła, a może ścisnęło się tylko kompulsywnie, w jakimś wspomnieniu dziecięcego strachu. A potem zamrugała i nie była już w ciemnym gabinecie ojca.
Kolory rozlewały się jej przed oczami, tworząc niekoherentną plamę. Przekręciła głowę, lekko i ledwo zauważalnie, bo zaraz poczuła ból i skrzywiła się z niego. Zapach jednak nie dawał jej spokoju.
— Co tak… — wymruczała cicho, czując na gardle kurz i okropną suchość. — Włosy. Spalone… — najpewniej jej, ale do tego jeszcze nie doszła.
Blood is rare and sweet as cherry wine