30.09.2026, 00:06 ✶
A więc jednak Hestia nie była ubrana odpowiednia.
– Ja… Eee… To? To są spodnie. Oh, ale to pani wie. Spodnie pewnie są z nami od czasów antycznych. To znaczy eee nie, to to co mam na sobie to Petticoat Lane Market – wymamrotała, a jako że pytanie czarownicy tylko dołożyło ognia odczuwanej przez Hestię niezręczności, paznokcie młodej czarownicy zabarwiły się na szkarlatny kolor. Bletchley szybko schowała dłonie do kieszeni jeansów. Potem jednak jeszcze szybciej je wyjęła, mamrocząc pod nosem przepraszam. Nie chciała przecież wyjść na niegrzeczną. Weszła do środka. – To znaczy kupiłam je w Londynie. Na mugolskim targu. Było też kilka takich rzeczy bardziej w eee… Pani stylu?
Miała dziwne wrażenie, że chyba powinna przestać rozmawiać o swoim stroju. Zwłaszcza, że najwyraźniej miała na sobie coś znacznie bardziej niepokojącego niż jeansy. To znaczy spojrzenie prawdawnej istoty.
– Co tutaj zamieszkuje? – spytała, jakby w nadziei, że się przesłyszała. – Dlaczego? Zgłaszała to pani do Ministerstwa? Może da się coś tym zrobić? I jak… Co mam robić, aby jej nie zaczepić? – Spróbowała rozejrzeć się dyskretnie po otoczeniu, ale jak się można było spodziewać nigdzie nie zauważyła żadnego mrocznego cienia, czy wgapionych w nią mrocznych ślepi. Dostała zamiast tego czarkę i chyba została poczęstowana winem, ale na razie nie skorzystała z oferty, a zamiast tego zrobiła tylko kilka kroków w stronę stołu.
– Tak oczywiście, tak naprawdę to chciałabym tylko podszkolić się z eliksirów i może rozpoznawania roślin? Tak, by mieć wiedzę przeciętnego czarodzieja, który miał w Hogwarcie nieco bardziej przyzwoite oceny, niż ja. Wie pani jak to jest. Miłoby było mieć pewność, czy podejrzany ma przy sobie zioła halucynogenne, czy zwykłe liście na herbatę.
– Ja… Eee… To? To są spodnie. Oh, ale to pani wie. Spodnie pewnie są z nami od czasów antycznych. To znaczy eee nie, to to co mam na sobie to Petticoat Lane Market – wymamrotała, a jako że pytanie czarownicy tylko dołożyło ognia odczuwanej przez Hestię niezręczności, paznokcie młodej czarownicy zabarwiły się na szkarlatny kolor. Bletchley szybko schowała dłonie do kieszeni jeansów. Potem jednak jeszcze szybciej je wyjęła, mamrocząc pod nosem przepraszam. Nie chciała przecież wyjść na niegrzeczną. Weszła do środka. – To znaczy kupiłam je w Londynie. Na mugolskim targu. Było też kilka takich rzeczy bardziej w eee… Pani stylu?
Miała dziwne wrażenie, że chyba powinna przestać rozmawiać o swoim stroju. Zwłaszcza, że najwyraźniej miała na sobie coś znacznie bardziej niepokojącego niż jeansy. To znaczy spojrzenie prawdawnej istoty.
– Co tutaj zamieszkuje? – spytała, jakby w nadziei, że się przesłyszała. – Dlaczego? Zgłaszała to pani do Ministerstwa? Może da się coś tym zrobić? I jak… Co mam robić, aby jej nie zaczepić? – Spróbowała rozejrzeć się dyskretnie po otoczeniu, ale jak się można było spodziewać nigdzie nie zauważyła żadnego mrocznego cienia, czy wgapionych w nią mrocznych ślepi. Dostała zamiast tego czarkę i chyba została poczęstowana winem, ale na razie nie skorzystała z oferty, a zamiast tego zrobiła tylko kilka kroków w stronę stołu.
– Tak oczywiście, tak naprawdę to chciałabym tylko podszkolić się z eliksirów i może rozpoznawania roślin? Tak, by mieć wiedzę przeciętnego czarodzieja, który miał w Hogwarcie nieco bardziej przyzwoite oceny, niż ja. Wie pani jak to jest. Miłoby było mieć pewność, czy podejrzany ma przy sobie zioła halucynogenne, czy zwykłe liście na herbatę.